Adam Michnik: A co, dałem ciała?

3 dni temu

Historia uczy, iż nic nie jest dane raz na zawsze. Ale właśnie dlatego trzeba się trzymać swojego. Nie iść koniunkturalnie z prądem. Być po dobrej stronie, niezależnie od tego, czy ona wygrywa, czy przegrywa – mówi Adam Michnik.

Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź” wiosna 2026. W wolnym dostępie można przeczytać jedynie jego fragment. W całości jest otwarty tylko dla prenumeratorów naszego pisma i osób z wykupionym pakietem cyfrowym. Subskrypcję można kupić TUTAJ.

Jakub Halcewicz-Pleskaczewski: Czy możemy porozmawiać o Tobie?

Adam Michnik: A mam wyjście?

Halcewicz-Pleskaczewski: Wyciągam z Twojego życia taką lekcję, iż wiele można zdziałać dla kraju, kiedy traktuje się go jako swój. Polskie władze po 1945 r. były narzucone z zewnątrz. Ale były też dla Ciebie jakoś własne, nie bałeś się ich?

Michnik: To jest tak jak u Mickiewicza w Dziadach: „Jeśli kto władzę cierpi, nie mów, iż jej słucha; / Bóg czasem daje władzę w ręce złego ducha”. Oczywiście ta Polska była moim krajem. Ale różnie bywało. Do 1968 r. uważałem, iż komunizm jest moim ustrojem i iż mam obowiązek zmieniać go na lepsze. Nie bałem się tego państwa – wprawdzie miało na sumieniu różne okropne rzeczy, ale było moje. Mogła mi się nie podobać taka czy inna polityka, ale to nie zmieniało istoty rzeczy. W 1968 r. przeżyłem mentalny zwrot: najpierw przez Marzec – antysemicką i antyinteligencką kampanię, a potem przez interwencję w Czechosłowacji.

Halcewicz-Pleskaczewski: W wywiadzie rzece Jacka Żakowskiego z Tobą i ks. Józefem Tischnerem Między panem a plebanem mówiłeś, iż Twój ojciec nie wierzył, iż jest możliwa polityczna działalność przeciwko reżimowi. Przez lata naciskał, abyś wyemigrował. A gdy w 1969 r. wyszedłeś z więzienia – już po raz drugi – oboje wraz z matką byli zgodni co do tego, iż w Polsce nie będziesz mógł dalej żyć i iż powinieneś wyjechać. Jednocześnie podsłuchałeś, jak ojciec z dumą mówił do znajomego: „mój syn ma charakter”.

Michnik: No bo tak było!

Halcewicz-Pleskaczewski: Mówiłeś, iż w domu panowała atmosfera absolutnego odrzucenia systemu i reżimu panującego w Polsce. Od kiedy tak było?

Michnik: Ojciec był przedwojennym komunistą, skazanym w 1934 r., siedział w więzieniu. Ale po wojnie dla niego istotą było to, iż polskich komunistów wymordował Stalin. Wszystko składało się w pewien obraz nieżyczliwości wobec reżimu, który był spadkobiercą tego „bolszewickiego raju”.

Halcewicz-Pleskaczewski: A matka?

Michnik: Skończyła studia na Uniwersytecie Jagiellońskim. Zrobiła tam doktorat w 1926 r. – jako kobieta, Żydówka. To nie było wtedy częste. Obracała się w kręgach komunistycznych, w partii. Później, po wojnie, pozostała bezpartyjna. Była przekonaną marksistką. Ale nie uwielbiała władzy, tylko metodę marksizmu w naukach historycznych. Mówiła tak: no dobrze, mamy taki kraj, jaki mamy, w nim żyjemy, spróbujmy więc uczyć dobrej historii, dobrej matematyki, dobrej medycyny, dobrej architektury i tak dalej. Ojciec tego nie znosił i reagował na jej słowa żywiołowo.

Oboje się o mnie troszczyli. A kiedy już trafiłem do więzienia, matka głównie się martwiła, a ojciec był dumny, iż nie dałem ciała.

Halcewicz-Pleskaczewski: Potem, w połowie lat 70., polemizowałeś w „Więzi” z XIX-wieczną ideą pracy organicznej.

Michnik: To był rozdział mojej pracy magisterskiej przysposobiony do publikacji i oczywiście była to nie dyskusja z matką, ale krytyka karierowiczostwa na przykładzie Aleksandra Wielopolskiego. Wtedy to była dla mnie wielka rzecz, iż „Więź” wydrukowała – pod pseudonimem – parę moich tekstów. To mnie jakby wyciągało z niebytu w moich własnych oczach.

To access this content, you must purchase a product that grants access.

Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź” wiosna 2026 w dziale „Historia”.

Idź do oryginalnego materiału