Czy mój trud rzeczywiście ma jakiekolwiek znaczenie?

2 godzin temu

Może każde z nas po prostu pewnego dnia przyłącza się do życia, do historii znacznie większej niż my sami, a naszym zadaniem jest dopisanie do niej wyłącznie kilku zdań – i cały sens życia rozbija się o ich jakość?

Tekst stanowi piąty odcinek wielkopostnego cyklu „Wiara w pęknięciach” – zatrzymania przy ważnych pytaniach bez łatwych odpowiedzi. Następne odcinki ukazywać się będą w kolejne niedziele Wielkiego Postu.

Nie zauważyłam tonącego człowieka. Zresztą, nie tylko ja. Było tam trochę pasażerów wypływającego z portu statku, pasterz z psem i stadkiem owiec, pracujący w polu rolnik. Moją nieuważność, być może, usprawiedliwiają jeszcze okoliczności – w końcu patrzyłam wtedy na obraz Bruegela po raz pierwszy, próbując ogarnąć swoje nastoletnie życie podczas jednej z lekcji polskiego w liceum. Ale bohaterowie obrazu? Musieli przecież słyszeć plusk wody. Musieli słyszeć wołanie o pomoc. A jeżeli Ikara dało się uratować?

„Nawet przerażające męczeństwo, by się spełnić, musi / Mieć kąt jakikolwiek, zaśmieconą dziurę” – napisał, nawiązując do „Pejzażu z upadkiem Ikara”, Auden w „Musée des Beaux Art”. To takie gorzkie. Można by pomyśleć, iż wielki triumf i wielka brawura skończą się widowiskową śmiercią. Jednak, w wyobrażeniu Bruegela, jest ona kuriozalnie wręcz nieznacząca.

WIĘŹ – wspieraj niezależne media katolickie!

Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.

Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram

Ciekawe, iż Ikar powraca do mnie w tych wielkopostnych tekstach już drugi raz. Ostatnio pisałam, iż ludzie mają tendencję do zapominania, iż ten chłopak nie tylko upadł – on też leciał. Tym razem opowiada mi on historię kogoś, kto marzył o wielkości – otaczający go świat nie zrobił sobie jednak nic z towarzyszących mu marzeń, każąc wielkości umierać w „zaśmieconej dziurze”. To ktoś, kto pyta: co, jeżeli moje życie tak naprawdę kilka znaczy?

Niewybrani

Myślę, iż podobne pytanie mógł sobie zadać Józef Barsaba. Ćwiczenie z empatii wobec niego odrobi z łatwością każdy, kto był kiedyś notorycznie niewybierany do drużyny na wf-ie.

„Wtedy Piotr […] tak przemówił: «Bracia, musiało wypełnić się słowo Pisma, które Duch Święty zapowiedział przez usta Dawida o Judaszu. […] Trzeba więc, aby jeden z tych, którzy towarzyszyli nam przez cały czas, kiedy Pan Jezus przebywał z nami, począwszy od chrztu Janowego aż do dnia, w którym został wzięty od nas do nieba, stał się razem z nami świadkiem Jego zmartwychwstania». Postawiono dwóch: Józefa, zwanego Barsabą, z przydomkiem Justus, i Macieja. I tak się pomodlili: «Ty, Panie, znasz serca wszystkich, wskaż z tych dwóch jednego, którego wybrałeś, by zajął miejsce w tym posługiwaniu i w apostolstwie, któremu sprzeniewierzył się Judasz, aby pójść swoją drogą». I dali im losy, a los padł na Macieja (Dz 1, 15-16.21-26).

Chyba nie słyszałam nigdy kazania o Barsabie. Raczej – jeżeli w ogóle – do kazań, jak do apostolstwa, wybierany jest Maciej. Wyobrażam sobie Józefa robiącego w tamtym momencie krok w tył, mierzącego się ze smutkiem, złością, wstydem. Być niewybranym przez kolegów do drużyny na wf-ie to jedno. Ale być niewybranym przez Boga? I to… drugi raz? Przecież, jeżeli rzeczywiście był on w gronie uczniów „począwszy od chrztu Janowego”, to pewnie był wśród nich również tamtego poranka: „Z nastaniem dnia [Jezus] przywołał swoich uczniów i wybrał spośród nich dwunastu, których też nazwał apostołami” (Łk 6,13). Raz to jeszcze można nie zostać apostołem. Ale dwa razy?

Miałam w szkole podstawowej koleżankę, która bardzo przejmowała się kwestiami organizacyjnymi na kółku teatralnym. Potrzebowała wiedzieć, iż wszystko jest zaplanowane, żeby czuć się bezpiecznie. Zadała więc pewnego dnia pytanie o to, kto będzie grał główną rolę w przestawieniu na konkurs. „Na pewno nie ty” – usłyszała w odpowiedzi od polonistki. Łał. Ona nie zdążyła jeszcze mieć takich ambicji. Ale jeszcze długo później wiedziała, że, w razie czego, „na pewno nie ona”.

Czasem to wybory polonistek na kółku teatralnym, czasem rodziców, którzy ewidentnie lubili cię najmniej z całego rodzeństwa, a czasem, wydaje się, iż samego Boga. Rozglądasz się wokół i myślisz, iż znów błogosławi innym, a nie tobie. Wszyscy wokół są w szczęśliwych związkach, a ty rozstajesz się z przemocowym partnerem; twoi rówieśnicy robią karierę, a ty walczysz z mobbingiem w pracy; przyjaciel z dzieciństwa kończy budować dom, ale akurat twój kredyt był we frankach; męczysz się ze swoim biskupem i w internecie czytasz, iż Kraków dostał Rysia…

Sale!
  • Zbigniew Nosowski

Szare, a piękne

31,20 39,00
Do koszyka
Książka – 31,20 39,00 E-book – 28,08 35,10

Niewybrani? Zbyt przeciętni? Zwykli?

Nic, tylko wściec się na Boga, ukryć przed ludźmi, zwątpić w siebie. „Inni kupują kołdry obciążeniowe, ale ty ich nie potrzebujesz, bo śpisz pod ciężarem świadomości, iż nigdy nie będziesz wystarczająco dobra” – ot, jeden z memów, z którego śmialiśmy się ostatnio w millenialskim gronie. Zadziwiająco jednak dużo memów powstaje akurat na ten temat.

Tak, przychodzą pewnie w życiu momenty, w których człowiek marzy, jak u Iłłakowiczówny, żeby „odejść w tło / jednością czuć się z pejzażem”. Granie w życiu non stop roli głównej bywa potwornie męczące, a czasem wręcz chorobowe. Niektórzy pacjenci lękowi, na przykład, muszą się mozolnie, dzień za dniem, uczyć, iż ludzie na ulicy naprawdę w przeważającej większości ani na nich nie patrzą, ani o nich nie myślą – co bywa zaskakujące. Odejście w tło bywa więc leczące… Ale nie w chwilach, w których własne życie zdaje się SAMYM TŁEM. Jakby artysta w ogóle nie namalował głównej postaci – bo akurat zaczynała się Liga Mistrzów albo przypalała mu się zupa, a potem już uznał, iż zbyt kiepski jest ten obraz, żeby jeszcze się przy nim trudzić…

Omnis moriar

Na pierwszy rzut oka można by z pewną dozą pogardy pomyśleć, iż fundamentem dla tego rodzaju rozterek jest kultura indywidualizmu, składająca ludziom obietnice typu: „Jesteś wyjątkowy i możesz być kimkolwiek zechcesz”, „cały świat czeka na twój rozkwit”, „gwiazdy sprzyjają właśnie tobie” – myślę jednak, iż byłoby to spłycenie tematu. Może jednak po prostu wielu z nas czasem towarzyszą ciche pytania: czy mój trud rzeczywiście ma jakiekolwiek znaczenie? Czy moja miłość lub jej brak robi na tym świecie jakąkolwiek różnicę? Czy z tego, co buduję przez lata, cokolwiek zostanie – a jeżeli nie, jeżeli jestem tylko pyłkiem w tym świecie, to po co adekwatnie budować?

Co jeżeli jednak omnis moriar, wbrew temu, czego życzyli mi klasycy na lekcjach polskiego? jeżeli mój pomnik wcale nie jest „trwalszy niż ze spiżu” – ba, wydaje się, iż nie bardzo jest w ogóle czemu stawiać pomniki?

„Wróciłem do domu na wakacje i rozchorowałem się, myślałem, iż umrę. I kiedy tak leżałem w łóżku, przyszła myśl, iż jak to tak? Nic po mnie nie zostanie? Niczego od siebie nie powiem? Coś jednak chciałbym powiedzieć. I wtedy, z tej potrzeby, żeby zdążyć coś powiedzieć, zacząłem pisać” – mówił Ryszard Krynicki w rozmowie z Wojciechem Bonowiczem w „Tygodniu Powszechnym”. Nie każdy jest jednak Krynickim. Nie każdy jest Szymborską, Miłoszem, Audenem; nie każdy umie pisać, nie każdy prowadzi szczególnie udane życie, nie każdy odnosi sukcesy finansowe; nie każdy jest wybrany do grona apostołów. Niektórych nie wybiera się choćby kilkukrotnie.

Wierni Dobremu

Tradycja umieszcza Józefa Barsabę w gronie 72 uczniów Jezusa (por. Łk 10). Poza nim w tym gronie znajdować się miał również niejaki Ananiasz. Czasem myślę, iż może to właśnie on stanowi klucz do zrozumienia, czy z poczucia niewybrania istnieje jakiekolwiek sensowne wyjście.

Jeśli bowiem Ananiasz również był w gronie niewybranych do grona apostołów, niezwykle wybrzmiewa jego historia, opisana przez Łukasza w Dziejach Apostolskich: „W Damaszku znajdował się pewien uczeń, imieniem Ananiasz. «Ananiaszu!» przemówił do niego Pan w widzeniu. A on odrzekł: «Jestem, Panie!» A Pan do niego: «Idź na ulicę Prostą i zapytaj w domu Judy o Szawła z Tarsu»” (Dz 9, 10-11a).

Mogę wziąć z wdzięcznością to, co jest większe ode mnie – miłość, nadzieję, wiarę – i zrobić, ile potrafię, żeby one to przetrwały. Przenieść je dalej, podać kolejnym w tej sztafecie

Agata Kulczycka

Udostępnij tekst
Facebook
Twitter

Chylę czoła przed Ananiaszową wiernością. Przecież kiedy podczas modlitwy odzywa się do niego Bóg, Ananiasz wcale się temu nie dziwi – szokująca jest dla niego wyłącznie treść Bożej prośby. Na głos Boży nie reaguje się tak, jeżeli nie słyszało się go już po wielokroć, jeżeli nie było mu się wiernym latami.

Być może najważniejszym życiowym zadaniem, jakie stanęło przed Ananiaszem, wcale nie było pójście do oślepionego Szawła? Być może znacznie ważniejsza była decyzja wierności, którą podjął kilka lat wcześniej, widząc, jak wybieranych jest dwunastu?

Barsaba, zresztą, jak się zdaje, również przyjął to zadanie. Jako męczennik został w końcu świętym Kościoła katolickiego i prawosławnego.

Co pozwoliło Ananiaszowi i Barsabie wiernie trwać dzień za dniem pomimo niewybrania? Może byli tak pogodzeni sami z sobą, iż ich to niewybranie zupełnie nie obeszło? A może jednak pytali Boga o powody Jego wyborów? Jakkolwiek toczyło się ich życie, wiadomo jedno – nie trwali w posłuszeństwie okrutnemu bóstwu. Choć Boże decyzje mogły być dla nich trudne, podjął je Ktoś, o Kim wiedzieli, iż jest dobry. Może to zmienia wszystko? Może to pozwala wytrwać, choćby jeżeli mojej roli daleko jest do pierwszoplanowej, a pomnika ani widu, ani słychu? A może coś innego świadczy o wyjątkowości? Na przykład to, żeby w takim życiu, jakie mam dzisiaj, okazać się wiernym nadziei?

Jakość moich zdań

Ostatecznie przecież choćby ci grający w historii zbawienia główne role musieli się kiedyś zatrzymać. Ślad po tym znajduję choćby w niepozornym kościele Santa Maria in Via Lata w Rzymie. Według Tradycji zbudowano go w miejscu, w którym św. Paweł zamknięty był w areszcie domowym niedługo przed swoją śmiercią. W podziemiach kościoła zobaczyć można kawałki łańcucha i kolumnę, a na niej napis: Verbum Dei non alligatur. Słowo Boże nie uległo skrępowaniu (2Tm 2,9). W tym samym Rzymie w kościele św. Piotra w Okowach siedzi inny z wielkich – Mojżesz. Siedzi. To niezwykłe, iż Michał Anioł wyrzeźbił go w tej właśnie pozycji. Ten, który szedł, był w ruchu, prowadził – dziś już odpoczywa, spoglądając w dal. I, w końcu, jest też trzeci kościół. Santa Maria Maggiore. A w nim grób papieża Franciszka.

Historia całej tej trójki – niewątpliwie wybranych – stawia dziś przede mną zaczepne pytanie: a jeżeli w szerokiej perspektywie żadna z ról nie jest pierwszoplanowa? A może każde z nas po prostu pewnego dnia przyłącza się do życia, do historii znacznie większej niż my sami, a naszym zadaniem jest dopisanie do niej wyłącznie kilku zdań – i cały sens życia rozbija się o ich jakość?

Sale!
  • Wiesław Dawidowski OSA
  • Damian Jankowski

Leon XIV. Papież na niespokojne czasy

28,00 35,00
Do koszyka
Książka – 28,00 35,00 E-book – 25,20 31,50

Paweł był mniejszy od głoszonej przez siebie Nowiny. Przeżył jednak życie tak, żeby Słowo nie skończyło się wraz z nim. Mojżesz, choć już nie wstanie, przyłączył się do niezwykłej historii i pchnął ją do przodu choć odrobinę. Myślę, iż właśnie na to patrzy. Na Izraelitów wchodzących tam, gdzie on już nie poszedł. Ale może wcale nie musiał? Może chodziło o to, żeby co dzień iść, próbując poznać się z tym, w czym przyszło mu brać udział, próbując to godnie przyjąć i przeżyć? A papież Franciszek? Choć wielu nie wyobrażało sobie Kościoła bez niego, on sam wiedział, iż jemu przypadł w udziale jedynie odcinek tej drogi. Na końcu swojej autobiografii zapisał: „Idźcie naprzód z czułością i odwagą. Moja historia to ledwie jeden krok”.

Jesteśmy więc cennym pyłem

Ostatecznie wszystko wskazuje na to, iż życie jest większe ode mnie. I to, być może pozwala złapać do siebie życzliwy dystans. W życiu – również moim – nie zawsze musi chodzić o mnie. Moje historie nie muszą się domykać jak w rolach godnych Hollywood. Nie muszę wszystkiego zgromadzić i we wszystkim wznieść się na najwyższe poziomy niezwykłości.

Mogę zamiast tego wziąć z wdzięcznością to, co jest większe ode mnie miłość, nadzieję, wiarę i zrobić, ile potrafię, żeby one to przetrwały. Przenieść je dalej, podać kolejnym w tej sztafecie. Trwać w tych podwójnych objęciach – ja w ich rękach, a one w moich – wiedząc, że, ostatecznie, moja historia, choćby najpiękniejsza, jest wobec nich wtórna.

Życie, do którego się przyłączamy, jest dzikie. Nieokiełznane. Czuć je w uderzeniach gorąca w lipcowy dzień, w brzęczeniu roju pszczół, w starożytnych hymnach śpiewanych przez wieki, w pierwszym płaczu dziecka. Słychać je w wiosennym wietrze, we wspólnym śmiechu, w świętym szaleństwie męczenników. W modlitwie Ananiasza i Barsaby.

Jestem i zawsze będę od niego mniejsza. Ale w żaden sposób mnie to nie unieważnia. Choć na tej właśnie intuicji żerować chcą kolejni i kolejni, taktując człowieka tylko jako trybik do spełniania własnych, „większych”, ambicji, to nie Boża logika.

Moja maleńkość wobec wielkiej historii miłości, w jaką zostałam wrzucona, paradoksalnie, ukazuje moją godność. Przecież ta właśnie miłość, wraz z wiarą i nadzieją, ufnie oddała się do dyspozycji zwykłej mnie. To jakiś paradoks bezgraniczności. Tylko kiedy uznasz własne granice, zauważysz, iż jesteś w rękach tego, co bezgraniczne. Tego, który jest bezgraniczny. Tylko kiedy uznasz własne granice, zauważysz, iż Bezgraniczny oddał się w Twoje ręce.

„Pył na głowie zwraca nas ku ziemi, przypomina nam, iż pochodzimy z ziemi i iż do ziemi powrócimy. Oznacza to, iż jesteśmy słabi, wątli, śmiertelni. Przez stulecia i tysiąclecia jesteśmy na drodze przemijania, w obliczu ogromu galaktyk i przestrzeni jesteśmy maleńcy. Jesteśmy prochem we wszechświecie” – mówił papież Franciszek w Środę Popielcową w 2020 roku. „Ale jesteśmy prochem umiłowanym przez Boga” – dodał. „Pan z miłością wziął nasz pył w ręce i tchnął weń swoje tchnienie życia (por. Rdz 2, 7). Jesteśmy więc cennym pyłem, przeznaczonym, by żyć na wieki. Jesteśmy ziemią, którą Bóg obdarzył swym niebem, prochem zawierającym Jego marzenia. Jesteśmy nadzieją Boga, Jego skarbem, Jego chwałą”.

Wszystkie odcinki wielkopostnego cyklu „Wiara w pęknięciach” dostępne są tutaj.

Idź do oryginalnego materiału