Jak zostałam „typową Julką”

3 godzin temu
Zdjęcie: Julka


Każda ludzka twarz, niosąca w sobie blask samego Boga, nieubłaganie sprawia, że, chcąc nie chcąc, można się… stać. Zaistnieć, choćby jeżeli się tego wcześniej nie planowało.

Twarz. Taka zwykła, kobieca. Ani na pierwsze strony gazet, ani do schowania przed światem. Normalna, moja. Jaka jest – każdy widzi.

Już przynajmniej kilkanaście relacji terapeutycznych, które zbudowałam, pracując w ośrodku zdrowia, zaczęło się od słów: – Spodziewałam/spodziewałem się kogoś starszego. – To na szczęście problem, który z czasem rozwiąże się sam – odpowiadałam. Bo co innego powiedzieć?

WIĘŹ – łączymy w czasach chaosu

Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.

Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram

Słyszałam też, iż wyglądam za młodo na egzamin certyfikacyjny. Że o certyfikat psychoterapeuty powinno się starać po dwudziestu latach pracy i z odpowiednią dozą siwizny oraz zmarszczek. A ja – jak na złość – zmarszczki mam trzy, a siwych włosów pięć. O dziwo – wystarczyło.

Jestem więc posiadaczką twarzy, która czasem przysparzała mi radości, a czasem zdziwień. Mieszanina tych dwóch emocji – nazwijmy ją pogodnym zdumieniem – odwiedziła mnie również w zeszłym tygodniu.

Julka czy Agata?

„Nie słuchałem jeszcze. Chciałbym się tylko zapytać, czemu pani z miniaturki wygląda jak stereotypowa Julka?” – zapytał pan Wojciech na YouTube pod pierwszym odcinkiem podcastu „Czuła całość”. Twarz z miniaturki z pewnością należała do mnie.

„Stety lub niestety tak mnie Bóg wymyślił. Ja tam choćby swój wygląd lubię, ale o gustach się nie dyskutuje. Pozdrawiam serdecznie!” – odpisałam. Czytelnikowi należy się prawdopodobnie krótkie wyjaśnienie: „Julka/julka” to potoczne, zwykle pejoratywne określenie młodej dziewczyny kojarzonej z progresywnymi poglądami i z aktywnością w mediach społecznościowych. Używa się go jako etykiety do ośmieszania i dyskredytowania głosu danej kobiety w dyskusji („Julka z Twittera”, „julka moment”), sugerując, iż nie ma ona odpowiednich kompetencji, żeby mieć prawo do wypowiadania się.

Zdziwiłam się tym, iż się nie złoszczę. Zaśmiałam się, a potem zamyśliłam. Nad czym?

Po pierwsze – być może to refleksja wręcz banalna – zastanawiam się, czy podobne komentarze na swój temat czytają mężczyźni. Zastanawiam się, czyli nie wiem. Być może tak. Chciałabym napisać, iż mam na to nadzieję, ale to przecież nieprawda – nikt nie powinien takich stwierdzeń czytać.

Słuchaj też na Youtube, Apple Podcasts i w popularnych aplikacjach podcastowych

O ile o komentarzach na temat mężczyzn wiem mało, o tyle o tych na temat kobiet – aż za dużo. Pamiętam jak dziś, jak pod świetnym tekstem Magdy Fijołek o narcyzmie, na Facebooku zaczęły pojawiać się uwagi dotyczące nie merytoryki, ale… jej wyglądu. Układały się one wówczas w przedziwne przesłanie: autorka jest młoda i ładna, więc to tłumaczy, dlaczego nie wie, co pisze.

To zresztą przecież nie tylko domena interakcji internetowych. Kilka miesięcy temu Agnieszka Budnik publikowała na łamach naszego portalu tekst o poruszaniu się poza kategoriami wieku. „To właśnie mężczyźni – zwłaszcza ci starsi koledzy w pracy – najskuteczniej nauczyli mnie całej tej gry z wiekiem” – opowiadała. Następnie dodała: „Na początku wielu z nich traktowało mnie jak ot, ozdobnik. W końcu otaczanie się młodością to jeden ze sposobów, by na chwilę zapomnieć o własnej starości. Do czasu. Wystarczy, iż zacznę ripostować, prowadzić logiczny wywód, zadawać moje ulubione sokratejskie pytania – i nagle czar pryska”.

Nie mam dostępu ani do serc, ani do myśli i emocji takich internetowych i pozainternetowych komentatorów. Prawdopodobnie najrozsądniej więc będzie, jeżeli tu właśnie zatrzymam ten kierunek refleksji. jeżeli zatrzymam go, najzwyczajniej w świecie zastanawiając się, czy rzeczywiście niektóre aspekty życia byłyby prostsze, gdybyśmy miały odpowiednią dozę siwizny.

Boś go nie widział

Na jeszcze inny tor skierował moje myśli przyjaciel, który widział komentarz pana Wojciecha. Przypomniał mi on piękny dialog z pierwszej – książkowej – części „Władcy Pierścieni”. Po tym jak Gandalf ostrzega Froda, mówiąc, iż Shire przestało być bezpiecznym miejscem, ponieważ Gollum prawdopodobnie wydał wrogowi nazwisko posiadacza pierścienia, pełen lęku Frodo wykrzykuje, iż jego wuj Bilbo powinien był zabić Golluma, kiedy miał ku temu okazję. Gandalf, podejmując temat, stwierdza, iż to litość i miłosierdzie powstrzymały Bilba. „Boję się i nie czuję litości dla Golluma” – nie daje się przekonać Frodo. Gandalf odpowiada: „Boś go nie widział”.

– Pisanie komentarzy internetowych pozbawione jest jednego z podstawowych filtrów – dodał mój przyjaciel. – Nie widzisz reakcji człowieka, o którym piszesz. Nie widzisz też grymasu na twarzach osób z Twojego otoczenia, który, być może, byłby w stanie powstrzymać cię przed napisaniem czegoś głupiego.

Jest w tym jakaś prawda. Oczywiście są ludzie, którym zupełnie nie przeszkadza ciskanie najgorszych obelg w sytuacji face to face; jest ich jednak – zdaje się – stosunkowo mniej niż trolli internetowych. W końcu Frodo, kiedy zobaczył Golluma… ulitował się nad nim. Gollum przestał istnieć w nim jako mglisty koncept kojarzony z czymś wyłącznie okrutnym i odrażającym. Zaczął on istnieć naprawdę, z krwi i kości, a między to, co okrutne i odrażające, wplótł się ogrom bólu i biedy, czyniąc z niego postać z licznymi odcieniami szarości.

Ślady podobnego rodzaju „zaistnienia” odnajduję też w Miłoszowym „Esse”:

Przyglądałem się tej twarzy w osłupieniu. Przebiegały światła stacji metra, nie zauważałem ich. […] Na to mi przyszło, iż po tylu próbach nazywania świata umiem już tylko powtarzać w kółko najwyższe, jedyne wyznanie, poza które żadna moc nie może sięgnąć: ja jestem – ona jest. Krzyczcie, dmijcie w trąby, utwórzcie tysiączne pochody, skaczcie, rozdzierajcie sobie ubrania, powtarzając to jedno: jest!

Nowość Nowość Promocja!
  • Zbigniew Nosowski

Szare, a piękne

31,20 39,00
Do koszyka
Książka – 31,20 39,00 E-book – 28,08 35,10

„Ona jest” – wydaje się najwłaściwszym komentarzem wobec spotkania z tą kobiecą twarzą. „Lekko zadarty nos, wysokie czoło z gładko zaczesanymi włosami, linia podbródka […] w różowawej bieli wycięte otwory, w których ciemna błyszcząca lawa” – pisze Miłosz, w potoku słów tłumacząc, jak bardzo chciałby tę twarz wchłonąć i oglądać jednocześnie. Wszystkie te słowa bledną jednak wobec jednego wyznania: „ona jest”.

Zaistnieć wobec Drugiego

Miłosz prowadzi mnie jednak jeszcze dalej. Okazuje się bowiem, iż spotkanie z twarzą Drugiego oznacza zaistnienie nie tylko jego, ale też moje własne. „Ja jestem – ona jest” – pisze przecież autor.

Wiele lat zastanawiałam się nad szczególnym miejscem w opisie cierpienia Sługi Pańskiego u Izajasza. Prorok opisuje udręczonego Mesjasza: „Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, Mąż boleści, oswojony z cierpieniem, jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa, wzgardzony tak, iż mieliśmy Go za nic” (Iz 53,3).

Dlaczego adekwatnie zakrywa się przed Nim twarz? To „ze zgrozy, jak przed trędowatym” – mówi mi przypis w Biblii Tysiąclecia. Być może – jeżeli mądrzy tak twierdzą – tak właśnie jest. Niedający mi jednak jednocześnie spokoju Miłosz podpowiada: a może stanięcie z Nim twarzą w twarz groziłoby… własnym zaistnieniem? Rozpoznaniem siebie w Nim i Jego w samym sobie?

Może zderzenie z JESTEM cierpiącego Sługi Pańskiego, obudziłoby każde „jestem”, jakie mam w sercu? „Jestem” moich euforii i lęków, „jestem” mojej złości i wstydu, „jestem” moich marzeń, grzechów i porażek? Może wobec Jego twarzy zaistniałabym w całości, nie mogąc już nic ukryć? Może to nie zgroza i obrzydzenie, ale lęk przed tym, co cierpiące Mesjańskie oczy obudziłyby w obserwujących?

Myślę, iż jest tak nie tylko z Nim. Że każda ludzka twarz, niosąca w sobie blask samego Boga, nieubłaganie sprawia, że, chcąc nie chcąc, można się… stać. Zaistnieć, choćby jeżeli się tego wcześniej nie planowało.

Ocalić twarz i głos

Mam nadzieję, iż żaden z czytelników nie dojdzie teraz do wniosku, iż właśnie porównałam doświadczenie komentarza internetowego z opisem Izajaszowym. Bynajmniej. Oby nigdy nie znalazło się we mnie na tyle bezczelności. Pozwolę sobie jednak jeszcze na chwilę wrócić do „stereotypowej Julki” – wyłącznie po to, żeby powędrować z niej do trzeciej, ostatniej refleksji.

Może stanięcie twarzą w twarz z cierpiącym Sługą Pańskim groziłoby… własnym zaistnieniem? Rozpoznaniem siebie w Nim i Jego w samym sobie?

Agata Kulczycka

Udostępnij tekst
Facebook
Twitter

Można bowiem stwierdzić, iż wszystkie powyższe myśli nie mają racji bytu wobec sytuacji wyjściowej. Przecież pan Wojciech widział moją twarz. To właśnie ta twarz sprowokowała go do jego względnie kreatywnego komentarza. Choć nie było tam widać mojej reakcji na jego stwierdzenie, to przecież widział on, o kim pisze.

W tym kontekście wracam myślą do orędzia Leona XIV na Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu. Papież zauważa w nim, iż innowacje technologiczne – w tym te związane ze sztuczną inteligencją – sprawiają, iż ludzka twarz i głos, które „są święte”, coraz bardziej przestają „oznaczać osobę”.

– Kiedy przeglądamy nasze strumienie informacji (feed), coraz trudniej jest nam zrozumieć, czy wchodzimy w interakcję z innymi ludźmi, czy też z botami lub wirtualnymi influencerami – pisze papież. Następnie dodaje: „Dialogowa, adaptacyjna i mimetyczna struktura modeli językowych jest w stanie naśladować ludzkie uczucia i w ten sposób symulować relację”.

Czy w głowie pana Wojciecha zdjęcie w internecie rzeczywiście połączyło się z osobą? Czy z osobami łączą się miliony obrazów i głosów, które przemykają ludziom codziennie przez telefoniczne ekrany? Czy może jednak głosy i twarze mogą się zużyć oraz stracić znaczenie, jeżeli dziś oznaczać mogą wszystko: prawdę i fałsz, rzeczywistość i zakłamanie?

– Potrzebujemy, aby twarz i głos na nowo oznaczały osobę. Musimy strzec daru komunikacji jako najgłębszej prawdy człowieka, ku której należy ukierunkowywać każdą innowację technologiczną – pisze papież Leon. Jak dobrze byłoby, gdyby został usłyszany.

Jak mogłoby się skończyć ocalenie – odzyskanie? – twarzy i głosów? Może jak u Barańczaka, który namawia czytających: „Spójrzmy prawdzie w oczy”. Okazuje się, iż oczy prawdy są bardzo ludzkie: „nieobecne oczy potrąconego przypadkowo przechodnia […]; krótkowzroczne oczy wpatrzone z bliska w gazetowy petit […] oczy […] pośpiesznie ocierane za dnia z łez nieposłusznych”. „Dajmy z siebie wszystko na własność tym spojrzeniom” – mówi poeta – „a choćby się pod nami nigdy nie ugięły / nogi, to jedno będzie nas umiało rzucić / na kolana”.

Idź do oryginalnego materiału