Niegrzeczne, głośne, niekontrolowane. Czy w Kościele jest miejsce dla dzieci?

3 godzin temu
Zdjęcie: Fot. Getty Images


Co jeżeli trudność w przyjęciu dzieci, także w Kościele, nie wynika z ich „niegrzeczności”, ale z utraconej relacji z własną dziecięcością?

Kiedyś w kościele mój synek zrzucił na podłogę malutki samochodzik. Zdarza się, to dość częste u dzieci. Niestety, starsza kobieta siedząca przede mną w ławce nie miała w sobie tyle wyrozumiałości. „Czy pani nie widzi, co to dziecko wyprawia?! Kościół to nie plac zabaw!”. Ałć. Siła uderzającej mnie fali zawstydzenia sparaliżowała na moment mój mózg. Pospiesznie podniosłam samochodzik i po cichu poprosiłam Karolka, aby był bardziej uważny.

WIĘŹ – wspieraj niezależne media katolickie!

Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.

Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram

Nie mogę odmówić owej kobiecie racji co do stwierdzenia, iż kościół nie jest placem zabaw. Na tym jednak nasza zgodność się kończy. Z założenia w mszy, podczas której opisywane zdarzenie miało miejsce, uczestniczyły rodziny z dziećmi. Nie uważam, iż to wystarczający argument, aby nie zwracać uwagi na zachowanie milusińskich, jednak decydując się na udział w Eucharystii, na której znaczną część wiernych stanowią istoty nierozumiejące jeszcze wielu spraw, należy założyć, iż będzie się to wiązać z pewnym, nazwijmy to, dyskomfortem.

Z drugiej strony, jak często my, dorośli, zastanawiamy się, z jakim dyskomfortem, związanym z uczestnictwem w liturgii, muszą mierzyć się najmłodsi? Ową dziecięcą perspektywę trafnie opisuje Małgorzata Wałejko, tworząc ironiczny przepis na to, jak zniechęcić dzieci do wiary:

„Po godzinnej Mszy każ im na klęcząco odśpiewać półgodzinną litanię loretańską, by pokazały Jezusowi, iż kochają Jego Matkę (której jeszcze nie kochają oczywiście, bo niby jak). Ważne, by melodia była powtarzalna, monotonna i długa, zawierająca słowa niezrozumiałe, których się nie używa. Po intensywnym komunijnym weekendzie, dniu w szkole, zmęczone w jednej pozycji, zaczną rozrabiać. Nic nie rozumieją z tytułów Maryi, Przybytku Sławnego Pobożności i Róży Duchownej. Gdy organy skończą grać, będzie słychać szmer ich rozmów. Bardzo to ci się nie spodoba”.

A jeżeli nie chodzi o dzieci?

To wspomnienie wróciło do mnie niczym bumerang, kiedy niedawno przyglądałam się pewnemu malcowi podczas niedzielnej mszy świętej. Co chwila wychodził z ławki, wyciągał rączki do tatusia i zapraszał do wspólnej przechadzki po kościele – to wszystko działo się tuż przy prezbiterium. Ten widok sprawiał, iż nie mogłam przestać się uśmiechać. Pomyślałam, jak cudownie byłoby, gdyby każdy czuł się w świątyni jak w domu – bezpiecznie i komfortowo.

Zaraz za tą myślą, pełną zachwytu, przyszło pytanie, brutalnie sprowadzające mnie do rzeczywistości: dlaczego dzieci tak często irytują dorosłych? Czy chodzi o „mamooo!” wypowiadane w różnych tonacjach z częstotliwością porównywalną do liczby mrugnięć powieką w ciągu doby? A może o konieczność powtarzania im niezliczoną ilość razy tego samego zdania? O niewątpliwie wysoki poziom generowanego przez dzieci hałasu – tak nieproporcjonalny do ich gabarytów? Jestem mamą dwójki maluchów – uwierzcie, mogłabym tak wymieniać jeszcze bardzo długo.

Każdy z powyższych argumentów wydaje się jednak niewystarczający. Przynajmniej dla mnie. Intuicja podpowiada mi, iż to nie jest tak, iż dzieciaki irytują dorosłych. Ich spontaniczność, nieskrępowanie w wyrażaniu myśli oraz szczerość uruchamiają w nas coś, co być może skrzętnie próbujemy ukryć przed innymi i przed sobą.

Promocja!
  • Irena Namysłowska
  • Cezary Gawryś
  • Katarzyna Jabłońska

Od rodziny nie można uciec

39,98 49,98
Do koszyka
Książka – 39,98 49,98 E-book – 36,00 44,98

A co jeżeli trudność w przyjęciu dzieci, także w Kościele, nie wynika z ich „niegrzeczności” (która często bywa naszym wyobrażeniem – bo jaka jest adekwatna definicja bycia grzecznym?), ale z utraconej relacji z własną dziecięcością: z ufnością, spontanicznością, nieskrępowanymi emocjami, wyrażaniem złości, potrzebą bycia widzianym?

Strofowanie najmłodszych podczas nabożeństw jest notoryczne: „cicho!”, „nie przeszkadzaj!”, „stań normalnie”, „siadaj!”. Owszem, należy wskazywać dzieciom, jakie postawy są odpowiednie podczas uczestnictwa w Eucharystii – absolutnie nie zachęcam do tego, aby nie reagować, kiedy czyjeś zachowanie ewidentnie zakłóca przebieg liturgii.

Jednocześnie wiercenie się, płacz, głośne wzdychanie, reakcje ciała na zbyt długie siedzenie lub (a to się zdarza nadzwyczaj często) nudne kazanie – to wszystko wpisuje się w naturę dziecka! Dramatem, jaki noszą w sobie przedstawiciele mojego pokolenia, jest to, iż nasza dziecięca natura zbyt często była tłamszona, niezrozumiana, a przede wszystkim – niezaakceptowana.

Czułość, na którą czekaliśmy

Dziecko w kościele może przypominać nam o częściach nas samych, które kiedyś musiały zamilknąć, aby zasłużyć na akceptację. Albo się dostosujesz, albo poniesiesz bolesne konsekwencje. Oto przepis na „grzeczne dziecko” – ale tylko na jakiś czas. Nie ma siły, która sprawi, iż to, co naturalne, po prostu zaniknie. Natury nie można się wyrzec. To, co wyparte i stłamszone, przybiera na sile w ukryciu i czeka na odpowiedni moment, aby uderzyć z natężeniem, którego skutki trudno przewidzieć.

Zaryzykuję stwierdzenie, iż to nie zachowanie najmłodszych stanowi problem, ale konfrontacja człowieka ze swoim wewnętrznym dzieckiem, które w takich sytuacjach budzi się ze snu. Umniejszanie godności najmniejszych pokutuje w ludziach od pokoleń – przejawia się ono choćby w jednym z najbardziej znienawidzonych przeze mnie powiedzeń, iż „dzieci i ryby głosu nie mają”. Ani to prawdziwe, ani mądre, ani wychowawcze. Osobiście uważam wręcz, iż to podłe i przemocowe. Łatwo jest uciszyć kogoś, nad kim ma się przewagę, kogoś od nas zależnego. To nie jest dorosłość ani dobre wychowanie. To nadużycie.

Dramatem, jaki noszą w sobie przedstawiciele mojego pokolenia, jest to, iż nasza dziecięca natura zbyt często była tłamszona, niezrozumiana, a przede wszystkim – niezaakceptowana

Patrycja Siwica

Udostępnij tekst
Facebook
Twitter

Tymczasem Jezus w Ewangelii stawia dzieci za wzór (por. Mk 9,36). Ważni dorośli, powołani przez Mistrza z Nazaretu, obserwujący znaki i cuda, rozpoznający w Nim Mesjasza, kłócą się o to, który z nich jest najważniejszy. Aż ciśnie mi się pod palce sformułowanie „jakież to dziecinne”. A z drugiej strony – jakie to typowo dorosłe!

Na tym tle szokująco brzmi wyznanie Jezusa: „Zapewniam was: jeżeli się nie zmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego” (Mt 18,3). Odczytuję ten fragment jako wycinek modelowej sesji terapeutycznej. Jakby Bóg chciał zaprosić każdego z nas do spotkania ze swoim wewnętrznym dzieckiem.

Czułość Boga w tym kontekście jest dla mnie zachwycająca. To nie jest typowe rodzicielskie zrzędzenie w stylu „czego znowu ryczysz, czego chcesz…?”. Nie. To pełne miłości dopuszczenie do Siebie, przyzwolenie na wyrażenie swoich emocji w atmosferze bezpieczeństwa i przyjęcia, zaakceptowanie i uhonorowanie niezwykłej dziecięcej natury.

Dziecko, za czym tęsknisz? Czego Ci potrzeba? W czym odczuwasz brak? Co mogę dla Ciebie zrobić? Czego się obawiasz? Skąd w Tobie tyle złości? To pytania, które my, dorośli, możemy zadać małym nam, mieszkającym gdzieś tam w głębi serca.

Zaskakujące, jak często Jezus zwraca się do konkretnych osób jak Ojciec: Córko, Synu, Dziecko. Może powodem jest fakt, iż nie każdy słyszał ten zwrot na tyle często, aby móc pokochać dziecko w sobie? A może później, w wyniku życiowych turbulencji, my sami zaczęliśmy odrzucać nasze wewnętrzne dzieci, osierocając tym samym siebie samych? Zabierając sobie prawo do miłości, przebaczenia błędów, wyrozumiałości?

Promocja!

Polskie ćwiczenia z wieloetniczności | Gdy episkopat zawodzi | Po co instytucje kultury?

32,30 35,90
Do koszyka
Książka – 32,30 35,90 E-book – 29,00 32,30

Nadzieja, wypływająca ze Słowa Bożego, wskazuje, iż Bóg jest ojcem sierot (por. Ps 68), a dzięki Chrystusowi staliśmy się Jego przybranymi dziećmi. Skoro On przyjmuje nas z naszym dziecięctwem, to może od Niego możemy nauczyć się, jak robić to samo?

Milczące Dzieci Kościoła

Zastanawiam się w tym kontekście, czy we wspólnocie Kościoła jest – rzeczywiste, nie deklaratywne – miejsce dla dzieci. Odpowiedź na to pytanie okazuje się nieoczywista.

Wiele Wewnętrznych Dzieci jeszcze milczy o krzywdzie, którą niosą, ponieważ najczęstszą reakcją Ważnych Dorosłych na te historie jest niedowierzanie lub obciążanie winą. Kiedy Wewnętrzne Dzieci odważają się mówić o swoich marzeniach dotyczących Kościoła, Ważni Dorośli zabierają im głos, każą przenieść się w inne miejsca lub stawiają w kącie.

Wewnętrzne Dzieci, które nie są neuro-płciowo-tożsamościowo-poglądowo-typowe, nie zasługują na swój własny pokój w Domu – ewentualnie mogą zadowolić się kątem w skrytce pod schodami. Wewnętrzne Dzieci, zgorszone brakiem moralności Ważnych Dorosłych, nie mogą się zbuntować, bo nie wytrzymają ostracyzmu. Wewnętrzne Dzieci, aby przetrwać, nie wyrażają swojego zdania i w milczeniu znoszą patologię, aby Ważni Dorośli, od których zależą, nie zaszkodzili im jeszcze bardziej.

To dość dojmująca perspektywa – choć nie stanowi ona oczywiście pełnego obrazu rzeczywistości Kościoła, w jakiej żyjemy. Ci, którzy zdobyli się na odwagę spotkania i zaopiekowania swoim Wewnętrznym Dzieckiem i przedstawili je kochającemu i czułemu Ojcu, mogli dzięki Jego miłości zintegrować historię życia, przeszłość, ból, tęsknoty, straty i mechanizmy obronne z teraźniejszością.

Z całą pewnością takich ludzi można nazwać Dojrzałymi Dorosłymi. To właśnie oni towarzyszą Wewnętrznym Dzieciom Kościoła: wysłuchują, dążą do sprawiedliwości, nie oceniają, otaczają opieką duszpasterską, przeprowadzają przez procesy, prostują fałszywe obrazy Boga, dają świadectwo Kościoła, w którym jest życie.

Osobiście wierzę w moc integracji Dorosłego z Wewnętrznym Dzieckiem. Wierzę, iż o ile perspektywa Jezusa o postawieniu dziecka w centrum stanie się naszą perspektywą, Kościół będzie bezpiecznym domem, wychowującym zdrowe i szczęśliwe dzieci – te „zewnętrzne”, i te „wewnętrzne”. Wierzę, iż Bóg także stał się dzieckiem, aby uhonorować to, co najbardziej bezbronne i najsłabsze.

Jestem przekonana, iż dlatego chce On, abyśmy zwracali się do Niego „Abba”, bo ze wszystkich części swojego „JESTEM” najbardziej lubi być Ojcem.

Przeczytaj też: Czy „silniejszy” ma kształtować „słabszego” – prawa dziecka

Idź do oryginalnego materiału