Oscary 2026. Marzenia czasem się (jednak) spełniają

4 godzin temu

Wygrał najlepszy film od lat. Ale triumf „Jednej bitwy po drugiej” pokazuje coś jeszcze: etos ciężkiej pracy. Czasem, gdy robisz swoje i cierpliwie czekasz, możesz się doczekać.

We „Frankensteinie” Guillermo del Toro jest scena, którą meksykański reżyser dodał do literackiego pierwowzoru: Victor Frankenstein umiera i na łożu śmierci jedna się z wytworem swoich chorych ambicji. Zraniony człowiek – przecież nie stwór! – mówi mu, iż wszystko, co przeżyli, to „ledwie ulotna chwila”. – Moje narodziny. Mój żal. Twoja strata. Nie otrzymam kary ani rozgrzeszenia. Cała moja nadzieja, moja wściekłość okażą się nic niewarte. Fala, która mnie przyniosła, teraz przyszła po Ciebie. Odejdziesz, a ja zostanę sam – stwierdza ów człowiek w kulminacyjnym momencie opowieści.

WIĘŹ – łączymy w czasach chaosu

Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.

Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram

Lubię to zakończenie – zero poklepywania po plecach, zero wlewania w widzów na siłę pocieszenia. Rządzi nami daremność, nasze starania są na nic – zdaje się mówić del Toro. W tegorocznej oscarowej stawce wniosek ten miał swój specyficzny urok – większość filmów absolutnie nie chciała tego przyznać, mniej lub bardziej wprost traktowała o nadziei. Już myślałem, iż przynajmniej kinomani poczują się tą nadzieją oszukani.

Potem jednak przyszła oscarowa noc.

Oczywistości i wątpliwości

Najpierw obowiązkowe nudy. Wiadomo, iż kiedy w stawce jest „Avatar”, wygra w kategorii najlepsze efekty specjalne. Wiadomo, iż pieśń Nicka Cave’a musiała przegrać z k-popowym „Golden” (twórcy piosenki przekroczyli czas na podziękowania, nie byli Adrienem Brody’m i zostali zagłuszeni). Wiadomo, iż Akademia doceni warstwę techniczną wspomnianego „Frankensteina”; iż Sean Penn zdobędzie trzeciego Oscara, choć na gali się nie pojawi; iż najbardziej wzruszająco wypadną pożegnania, dokładnie słowa Barbry Streisand o Robercie Redfordzie; iż najmocniej społecznie zaangażowane okażą się przemówienia twórców nagrodzonych dokumentów; iż deklaracje wprost polityczne padną trochę mimochodem, głównie z ust prezentujących nagrody (Javier Bardem i „Wolna Palestyna!”).

Mieliśmy i polski akcent. Maciek Szczerbowski wróci do domów z Oscarem za najlepszy krótkometrażowy film animowany: „The girl who cried pearls”. Pewnym zaskoczeniem był triumf „Wartości sentymentalnej” Joachima Triera w bodaj najmocniejszej kategorii, czyli „film międzynarodowy”. Opowieść Triera – świetnie zagrana, ale zdecydowanie wygładzona, ostatecznie, no właśnie, sentymentalna – pokonała wybitnego „Tajnego agenta”, nagrodzone już Złotą Palmą „To był zwykły przypadek” czy przejmujący „Głos Hind Rajab”. Zwłaszcza „Tajny agent” to film zasługujący na wszelkie laury – historia jednego człowieka, a tak naprawdę kraju uwikłanego w dyktaturę. I swoista elegia o – znowu – ludzkiej daremności; o tym, iż możesz, człowieku, próbować, a i tak ci się nie uda. Byliśmy jednak wieczorem w Ameryce, nie zapominajmy, i tamtejsza Akademia wybrała inne podejście: znacznie bardziej otulające i przyjemne. W efekcie Norwegia cieszyła się z pierwszego Oscara.

Sale!
  • Wojciech Marczewski
  • Damian Jankowski

Świat przyspiesza, ja zwalniam

39,98 49,98
Do koszyka
Książka – 39,98 49,98 E-book – 35,98 44,98

Odnośnie pierwszych razów: Autumn Durald Arkapaw jako pierwsza kobieta w historii odebrała statuetkę za najlepsze zdjęcia w „Grzesznikach”. Chaosowi, jakim jest serce matki, swoją nagrodę zadedykowała Jessie Buckley, największy pewniak przed niedzielnym rozdaniem. Zresztą przy Buckley zaczynają się typowe dla Oscarów rozważania krytyków: jej rola w „Hamnecie” robi wrażenie, to prawda, ale przecież najbardziej porywającą kreację stworzyła Rose Byrne w „Kopnęłabym cię, gdybym mogła” – jest tu matką wykończoną opieką nad chorą córką, osobą pogrążającą się w otchłani rozstrojenia i destrukcji.

Podobna wątpliwość była wśród męskich ról. Michael B. Jordan pokonał Leonardo DiCaprio i Timothée Chalameta, ale najwybitniejszy występ sezonu należał w mojej ocenie do Ethana Hawke’a. W „Blue Moon” Hawke stał się Lerenzem Hartem, twórcą tytułowego przeboju. Widzimy, jak Hart brnie w kompromitację i autooszukiwanie siebie, współczujemy mu jednak; kiedy w momencie straty raz jeszcze zdobywa się na uśmiech i nuci swoją piosenkę, mamy łzy w oczach.

Podjąć walkę

Wspominam tyle o klęskach i zwycięstwach, o umownym pesymizmie i umownym optymizmie, bo mam wrażenie, iż ten jeden raz w roku świat chciałby, żeby kino coś znaczyło; żeby nie tyle naśladowało rzeczywistość, co ją kształtowało. Od razu spieszę z dopowiedzeniem: to pogoń za wiatrem, nakładamy na barki kina ciężar niemożliwy do uniesienia.

Poza tym stawka nominowanych bywa nierówna, bądź wprost kuriozalna. Weźmy ten rok. Jak można ze sobą porównać „Wielkiego Marty’ego” – film z ducha żydowskich powieści Saula Bellowa, historię przepełnionego niezdrową ambicją młodego darwinisty – z „F1”, letnim blockbusterem z Bradem Pittem za sterami bolidu? Ironia losu polega na tym, iż tylko ten pierwszy tytuł odszedł z całkowicie pustymi rękami, „F1” doceniono przynajmniej za dźwięk.

Nowość Nowość Sale!
  • Krystyna Czerni

Cisza i zgiełk obrazów

59,92 74,90 Do koszyka

Gdyby liczyła się tylko wartość artystyczna, statuetki w tym roku rozdzieliłyby się między dwa filmy. Wspomnianego „Wielkiego Marty’ego” i „Jedną bitwę po drugiej”, a pojedynek między nimi przypominałby starcie z 2008 roku między „Aż poleje się krew” i „To nie jest kraj dla starych ludzi”. Wówczas zwycięsko wyszli z tego pojedynku bracia Coen, zaś Paul Thomas Anderson musiał obejść się smakiem.

I tu dochodzimy do puenty oscarowego wieczoru, pewnej przewrotki, która wyrzuciłaby do kosza mój tekst, gdybym go sobie wcześniej przygotował. Sezon nagród wskazywał, iż owszem, Anderson, najwybitniejszy w tej chwili filmowiec Ameryki, może i doczeka się po latach Oscara za reżyserię. Ale w kategorii „najlepszy film” uzna wyższość „Grzeszników”, filmu wtórnego i zdecydowanie zbyt mocno nagłaśnianego. Tymczasem obraz Ryana Cooglera okazał się, moim zdaniem słusznie, największym przegranym w historii: zdobył cztery statuetki z szesnastu nominacji.

Triumfował Anderson i jego „Jedna bitwa po drugiej”. Umówmy się: to najlepszy film-zwycięzca od lat. Jednocześnie kino akcji, brawurowa czarna komedia, wiwisekcja ojcostwa i opowieść o świecie, w którym wszystko stanęło na głowie. Trochę zgrywa ze znanych konwencji, perfekcyjna filmowo robota zrobiona jakby od niechcenia, na luzie, z dystansem i humorem. A trochę diagnoza: tak, nasze życie to ciągła jedna bitwa po drugiej, jesteśmy przegrywami, najczęściej nie wiemy, o co chodzi w tym całym chaosie, ale musimy podjąć walkę.

Dzisiejsza wygrana pokazuje coś jeszcze: etos cierpliwej pracy. Jasne, iż dla wielu, w tym dla mnie, Paul Thomas Anderson jest geniuszem współczesnego kina. Jasne, iż od czasu debiutanckiego „Ryzykanta” nie nakręcił słabego filmu, za każdym razem nie bojąc się penetrować nowych ścieżek, szukać dla siebie języka, ryzykować. Ale też prawdą jest, iż do tej pory aż czternaście razy obchodził się smakiem, od dekad pozostawał przykładem uznanego filmowca bez najważniejszej statuetki. Aż do dzisiaj, dzisiaj odebrał trzy (również za scenariusz adaptowany).

Czasem nasz trud jest na nic, starania okazują się pieśnią idioty, nie pokonujemy straty, to strata pokonuje nas (trochę jak w nominowanych „Snach o pociągach”). Tak, czasem rzeczywiście tak jest. Zdarzają się jednak momenty, gdy ciemność na krótko się rozjaśnia; kiedy czekanie znajduje swój pozytywny finał; gdy uczciwi otrzymują uczciwą zapłatę. Zdarzają się takie historie.

Jedną z nich zaserwowały nam właśnie Oscary.

Idź do oryginalnego materiału