Co będzie, jeżeli się dowiedzą? O mojej porażce, mojej niekompetencji? A jeżeli dowiedzą się, iż tak naprawdę się boję – i dlatego próbuję wypaść na tak pewnego siebie?
Tekst stanowi trzeci odcinek wielkopostnego cyklu „Wiara w pęknięciach” – zatrzymania przy ważnych pytaniach bez łatwych odpowiedzi. Następne odcinki ukazywać się będą w kolejne niedziele Wielkiego Postu.
Wafelki. 35 kartonów wafelków do lodów gałkowanych. W każdym z kartonów osiemnaście sztuk.
Nikt z nas nie zamawiał 630 wafelków.
A jednak bez wątpienia zostały one dostarczone pod siedzibę naszej fundacji w miniony poniedziałek. A my staliśmy, patrząc na nie z niedowierzaniem, nie mając pojęcia, kto i kiedy je przywiózł. Zupełnie bez sensu. Jak to w życiu – i to nie tylko w naszym.
WIĘŹ – wspieraj niezależne media katolickie!
Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.
Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram
Nasze niepewne gapienie się na wafelki, które nie należą do nas, przywiodło mi na myśl zupełnie inny obraz – pasterza na pustyni Madian, gapiącego się na owce, które nie są jego (por. Wj 3,1a).
A jeżeli jestem niczyj?
Pewnie na różne sposoby odczytywać można 40-letni pobyt Mojżesza na pustyni Madian. Przygotowując tekst, czytam komentarze opisujące ten czas jako duchowy wzrost Mojżesza, który ani na chwilę nie zwątpił ani w siebie, ani w Boga. Mnie blisko jest dziś jednak do obrazu, który rysuje rabin John Rosove: „Idę jak we śnie, otępiały / (…) Skuty pętami codziennych spraw / Niezdolny by dostrzegać tęcze / Tak właśnie wyobrażam sobie Mojżesza w Madian / Rozmyślającego na wygnaniu”.
– Nie wiem, kim jestem – mówią mi często pacjenci w gabinecie terapeutycznym. – I nie wiem, do kogo należę. Ludzie kojarzą „bycie niczyim” z wolnością, ale to nieprawda – dodają niektórzy z nich.
Czyj był pasterz z pustyni Madian? No właśnie… nie wiadomo. Symptomatyczna pod tym względem wydaje się już choćby kwestia jego imienia. Wprawdzie tekst biblijny stawia sprawę dość jasno – „[Córka faraona] dała mu imię Mojżesz, mówiąc: «Bo wydobyłam go z wody»” (Wj 2,10b) – nie bardzo jednak wiadomo, dlaczego Egipcjanka miałaby chłopcu nadać imię o etymologii hebrajskiej. Sam przypis do tego wersetu w Biblii Tysiąclecia zdaje się podawać w wątpliwość to założenie: „Prawdopodobnie jest to imię pochodzenia egipskiego. Tu podana jest ludowa etymologia tego imienia”.
- Zbigniew Nosowski
Szare, a piękne
A co jeżeli to imię egipskie? Rabin David J. Zucker tłumaczy je w następujący sposób: „Słowo mose w egipskim oznacza «syn» albo «urodzony». Jest to bardzo częsty element egipskich imion teoforycznych (zawierających imię bóstwa), takich jak Totmes (Thutmose), «Syn Thota» (albo «Thot się narodził»), Ramzes (Rameses, «Syn Re») […]. W przypadku Mojżesza znaczy ono po prostu «Syn» lub «Urodzony». Jego imię, pozbawione patronimiku (imienia ojca), dobrze do niego pasuje, ponieważ był podrzutkiem – synem «nikogo»”.
Mojżeszową niczyjość potęgować mogły pewnie doświadczenia z początków jego życia: porzucony przez matkę (oczywiście, iż Jokebed go w ten sposób ratowała; oczywiście, iż małe dziecko tego NIE WIE), znaleziony przez córkę faraona, a potem przekazywany z rąk do rąk: „Jego siostra rzekła wtedy do córki faraona: «Chcesz, a pójdę zawołać ci karmicielkę spośród kobiet Hebrajczyków». […] Poszła wówczas dziewczyna zawołać matkę dziecka. Córka faraona tak jej powiedziała: «Weź to dziecko i wykarm je dla mnie, a ja dam ci za to zapłatę». Wówczas kobieta zabrała dziecko i wykarmiła je. Gdy chłopiec podrósł, zaprowadziła go do córki faraona” (Wj 2,7a.8b-10a).
Można by pomyśleć, iż „niczyj” Mojżesz mógł przynajmniej mieć pewność, do jakiego należy narodu. I tu jednak czasem wątpię. „Poszedł odwiedzić swych rodaków i zobaczył, jak ciężko pracują. Ujrzał też Egipcjanina bijącego pewnego Hebrajczyka, jego rodaka” (Wj 2,11). Wiadomo, co było dalej – Mojżesz zabija Egipcjanina, a następnego dnia wypominają mu to jego rodacy. Jego – czy nie jego? To są „swoi”, z którymi się trzyma i którzy trzymają z tobą? Czy raczej „inni”, traktujący cię jak intruza, książątko Egiptu?
I dalej nie jest za dobrze. Nie wiem, co Mojżesz myślał o sobie, uciekając na pustynię Madian. Zrodzony-nie-wiadomo-z-kogo, Hebrajczyk-ale-nie-do-końca? Niewątpliwie jednak mógł załamać ręce, kiedy usłyszał, jak opisują go córki Jetry: „Egipcjanin obronił nas przed pasterzami” (Wj 2,19a). Egipcjanin? Naprawdę?
„Sprawdź, jaką pizzą jesteś” – wyskakuje mi jeden z nagłówków głupiego internetowego quizu. „10 pytań na twój typ osobowości” – ten brzmi już trochę poważniej. „Po tym poznasz, iż Ty też jesteś ADHD” – ten może być choćby pomocny dla osób, których nie zabrano jako dzieci we właściwym momencie na diagnostykę do poradni psychologiczno-pedagogicznej. Kim jestem? Do kogo należę? Czy jest cokolwiek, co może mnie określić? Choć zdaje się, iż te pytania nie są dziś zbyt często wypowiadane na głos, to jednak przecież właśnie one leżą u podstaw tego wielkiego zbiorowego poszukiwania strzępów tożsamości.
„Jestem cudzoziemcem w obcej ziemi” – to znaczenia imienia pierwszego syna Mojżesza. Tylko, w zasadzie, która z ziem jest obca? I czy którakolwiek jest „swoja”?
A jeżeli się dowiedzą?
Zrodzony-nie-wiadomo-z-kogo i Hebrajczyk-ale-nie-do-końca to bynajmniej nie jedyne trudności pasterza z ziemi Madian. Nie należy przecież zapominać, ze znalazł się on na pustyni w wyniku doświadczenia ogromnej porażki. To jego własne „od milionera do pucybuta”, ze szczytu na dno – w wyniku porywu serca, o który nikt nie prosił i którego nikt nie potrzebował. Zabiłeś człowieka, odrzucają cię ci, których ratowałeś, a twój dotychczasowy opiekun postanawia cię zabić. Strach? Wstyd? Mi towarzyszyłoby pewnie jedno i drugie.
Pewnym rodzajem odwagi egzystencjalnej jest zgoda na brak szybkiej ulgi. Wytrzymanie z pytaniami, pustką i wszystkimi „nie wiem”, które w takich Mojżeszowych chwilach kołaczą ci się po głowie
Agata Kulczycka
Nie wiem, czy Mojżesz kiedykolwiek wyznał swojej żonie i teściowi prawdę o tym, co zrobił. Tekst biblijny o tym nie wspomina. A jeżeli – to już nie Biblia, to moja wyobraźnia – przez lata żył z pytaniem: „Co będzie, jeżeli się dowiedzą?”.
Ot, kolejne z pytań, które zdaje się dziś unosić w cywilizacyjnym powietrzu. „A co, jeżeli się dowiedzą o mojej porażce? O mojej niekompetencji?”, „A jeżeli się dowiedzą, dlaczego wyrzucili mnie z pracy?”, „Co jeżeli się dowiedzą, iż to nie płaski brzuch, tylko bielizna wyszczuplająca?”, „A jeżeli dowiedzą się, iż tak naprawdę się boję – i dlatego próbuję wypaść na tak pewnego siebie?”, „A jeżeli się dowiedzą, iż znowu piję?”, „A jeżeli się dowiedzą, iż ten siniak nie jest wynikiem nieszczęśliwego upadku?”, „A jeżeli się dowiedzą, iż nie wyglądam tak, jak na zdjęciu profilowym?”.
A jeżeli się dowiedzą, iż tak naprawdę wcale nie umiem pisać, a filologia angielska sprawiła, iż stałam się tzw. byelingual, tracąc zdolność sensownego porozumiewania się w którymkolwiek z języków? – podpowiadają mi właśnie moje osobiste myśli.
Nieważne, czy to nasze rzeczywiste porażki i powody do wstydu, czy to pomysły naszych wewnętrznych krytyków; nieważne, czy to my powinniśmy się wstydzić, czy powinni się wstydzić ci, których z różnych powodów próbujemy ukryć – najważniejsze jest, co będzie, jeżeli inni się dowiedzą.
Nie wiem, czy się dowiedzieli – Jetro, Sefora… A jeżeli tak – nie wiem, jak długo Mojżesz zwlekał z przyznaniem się do swojego życiowego upadku, zmuszając się tym samym do przeżywania go w ogromnej samotności.
- Wiesław Dawidowski OSA
- Damian Jankowski
Leon XIV. Papież na niespokojne czasy
– Boję się końca czasów – powiedział mi niedawno przyjaciel. – Boję się, iż wszystko stanie się jawne. Dla wszystkich.
No tak. Mi samej zdarzało się patrzeć spod byka na List do Hebrajczyków, mówiący mi, iż „Nie ma stworzenia, które by było przed Nim [Słowem Bożym – red.] niewidzialne, przeciwnie, wszystko odkryte i odsłonięte jest przed oczami Tego, któremu musimy zdać rachunek” (Hbr 4,12-13).
A jeżeli sens już nie wróci?
Oto więc jest – pasterz ziemi Madian, eksksiążę Egiptu, prawie-Hebrajczyk, Należący-do-nikogo, w doświadczeniu największej życiowej porażki, z którą – być może – przez jakiś czas mierzy się zupełnie sam. „Nic nie mam / Zdmuchnęła mnie ta jesień całkiem” – śpiewała Elżbieta Adamiak. Stary sens się skończył. Nowego jeszcze nie ma. Trudno bowiem chyba nazwać sensem życia wypasanie nie-swoich owiec w nie-swojej ziemi.
Przypomina mi to trochę scenę, w której Herbert opisuje zachowującą się osobliwie duszę pana Cogito: „za życia opuszcza ciało / bez słowa pożegnania / miesiące lata bawi na innych kontynentach / poza granicami Pana Cogito / trudno zdobyć jej adres / nie daje wieści o sobie / unika kontaktów / nie pisze listów / nikt nie wie kiedy wróci / może odeszła na zawsze”. Sensy Mojżesza, jak się spodziewam, umówiły się na wesołą imprezę z duszą Pana Cogito, zostawiając ich obu w umiarkowanej konsternacji.
Sens życia – to w ogóle interesująca historia! Stosunkowo długo wydawał mi się on pojęciem dramatycznie nieuchwytnym i zabawnie nieopisywalnym. Ostatnio jednak – na zajęciach z logoterapii – usłyszałam niezwykle prostą definicję: sens to produkt uboczny określenia kluczowych wartości i wytrwałego działania w zgodzie z nimi. Kusi mnie, żeby za chwilę napisać akapit o tym, że, na szczęście, Mojżesz odzyskał sens kiedy odkrył najważniejsze wartości – w spotkaniu z Bogiem Abrahama, Izaaka i Jakuba.
Odzyskał, i owszem. Ale po 40 latach, nie po jednym akapicie.
Pewnym rodzajem odwagi egzystencjalnej jest zgoda na brak szybkiej ulgi. Wytrzymanie z pytaniami, pustką i wszystkimi „nie wiem”, które w takich Mojżeszowych chwilach kołaczą ci się po głowie. Nie da się wymazać 40 lat oczekiwania z historii Mojżesza, tak jak z historii świata nie da się wymazać Wielkiej Soboty.
Pewnie, iż bezsens można zagłuszyć. Zajeść, zapić, zapracować; zapchać muzyką i serialem; przykryć cynizmem czy bańką pozytywnego myślenia.
Można też jednak inaczej. Codziennie wypasać nie-swoje owce w nie-swojej ziemi z postanowieniem, iż i bezsens można przeżyć godnie i wiernie. I, ostatecznie, jakoś go w sobie pomieścić. Uznać, iż choć nieraz ulatują nam sensy, nie trzeba trzymać się ich kurczowo ani wmawiać sobie nowych. Zgodzić się na to, iż starych już nie ma, a nowe jeszcze nie przyszły – i nazywać rzeczywistość taką, jaką naprawdę jest, bez myślenia życzeniowego.
Nie będę więc robić tego Mojżeszowi. Nie będę pisać, iż już za chwilę spotka Boga w płonącym krzewie. Nie „za chwilę”. Za 40 lat. 40 wiernych lat, w których Zrodzony-nie-wiadomo-z-kogo i Hebrajczyk-ale-nie-do-końca wiernie wypasał nie-swoje owce w nie-swojej ziemi. jeżeli on to wytrzymał, to i ja wytrzymam tekst, który nie kończy się zbyt szybkim wytchnieniem.
Trzymaj się tam, Pasterzu z ziemi Madian. A my będziemy trzymać się z Tobą – w naszych nietożsamościach, porażkach i bezsensach. Zmieścimy to. Razem.
Wszystkie odcinki wielkopostnego cyklu „Wiara w pęknięciach”
dostępne są tutaj.

2 godzin temu















