Pytanie, przed jakim stoi Europa, brzmi: czy da się nakarmić oba mieszkające w nas wilki – dumę i wiarę we własne siły oraz szacunek dla innych?
Krytyka wizji dziejów Francisa Fukuyamy z jego słynnego „Końca historii” stała się już wyświechtanym refrenem czasów najnowszych – epoki, która wciąż szuka dla siebie nazwy. Żyjemy dziś w końcu w międzywojniu, technofeudalizmie, zimnej wojnie 2.0, polikryzysie, powrocie historii, postliberalizmie, czy może jeszcze czymś innym? Wszyscy czujemy w kościach, iż klimat się zmienił, iż silnik, który napędzał nasz świat, przestał pracować równo. Jak to zwykle bywa z dobrze zaprojektowanym urządzeniem, zaczynamy zwracać na nie uwagę dopiero wtedy, gdy coś w nim zaczyna stukać lub dymić.
Jedną z reakcji obronnych na falę niepokoju stał się świecki rytuał biczowania autora „Końca historii” – Francis Fukuyama jest dziś ideową piniatą, do której w kolejce ustawiają się krytycy od lewa do prawa. Głoszenie tezy, iż sojusz demokracji liberalnej i wolnorynkowego kapitalizmu okazał się kruchy – czego naocznym dowodem jest powstanie idei ciemnego oświecenia, o której niedawno pisaliśmy – to dziś darmowe punkty doświadczenia dla klasy „paladyn-początkujący publicysta”.
WIĘŹ – łączymy w czasach chaosu
Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.
Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram
Czy biczowanie Fukuyamy jednak czegokolwiek nas uczy? Czy znajdowały się w jego wizji historii jakieś słabe punkty – jakaś delikatna lub źle zaprojektowana część mechanizmu – które były skazane na awarię po krótkim przebiegu? A co, jeżeli sam Fukuyama suflował nam po cichu scenariusz, w którym demoliberalizm może nie spełnić swoich obietnic? Gdy choć na chwilę przerwiemy rytuał bicia Fukuyamowskiej piniaty i przyjrzymy się temu, na czym wspierała się jego filozofia dziejów, możemy otrzymać istotną i boleśnie aktualną lekcję.
Przelotny romans kapitału i demokracji
Krytycy Fukuyamy jako najsłabszą część jego systemu zwykle wskazują – jak zrobił to choćby znakomity brytyjski filozof polityki John Gray w książce „Fałszywy świt. Urojenia globalnego kapitalizmu” –przygodność sojuszu sił wolnego rynku z demokracją liberalną. Kapitał „chce” ustroju opartego na równości wszystkich, wolności słowa i rządach większości tak długo, jak cykl koniunkturalny pozwala na utrzymywanie państwa dobrobytu i zapewnienie względnego społecznego dobrobytu i spokoju. Gdy ekonomicznego paliwa zaczyna brakować – kryzys to w końcu stały element nieregulowanego cyklu koniunkturalnego – i jako pierwsze zostają odłączone systemy welfare state’u, demokracja liberalna zamienia się w środowisko dla kapitału wrogie.
Co dzieje się wówczas? Widzimy to przecież na własne oczy. Jak mówił na naszych łamach politolog Michał Zabdyr-Jamróz, pojawia się pomysł na „powrót do rozwiązań politycznych o charakterze monarchicznym i arystokratyczno-oligarchicznym lub wręcz despotycznym, przy jednoczesnym wykorzystaniu najnowocześniejszych osiągnięć techniki”. Czyli kapitalizm i technologia – tak; demokracja i liberalizm – nie! To był w końcu tylko przygodny romans, nikt nikomu nie obiecywał wierności „w zdrowiu i chorobie”.
Demoliberalizm, panie Fukuyama, to ustrój na czasy prosperity. Dziś, w epoce polikryzysu, wyścigu AI-zbrojeń i starcia cywilizacji, nie stać nas na taki luksus. Zachodni kapitał, niczym bokser przed starciem, potrzebuje twardego trenera – polityka w stylu Napoleona, który rozumie twarde realia gry mocarstw – a nie zabawy w crowdfunding i podlizywania się mediom – mówią przedstawiciele ciemnego oświecenia.
Przygodność związku demokracji i kapitalizmu to poważny problem, który przez dekady zamiataliśmy pod dywan, a dziś wraca do nas ze zdwojoną siłą. Ale z całą pewnością remedium na ową przelotność nie są rojenia technooligarchów
Karol Grabias
Czy mamy dla tych niesympatycznych typów jakąś odpowiedź? Owszem, tak starą jak „Polityka” Arystotelesa: ciemne oświecenie to adekwatnie stara jak świat forma oligarchii, czyli zdegenerowanej arystokracji – rządów niewielu w interesie niewielu. Demokracja liberalna to ustrój niestabilny? Potrzymaj mi piwo! Spójrzcie na amerykańskie ulice z ostatnich kilku miesięcy, by przekonać się, jak harmonijny ustrój serwują nam amerykańscy plutokraci.
Jasne, przygodność związku demokracji i kapitalizmu to głęboki i poważny problem, który przez dekady zamiataliśmy pod dywan, a dziś wraca do nas ze zdwojoną siłą. Ale z całą pewnością remedium na ową przelotność nie są rojenia technooligarchów. Nie twierdzę, iż reality check marzeń o ciemnym oświeceniu czai się tuż za rogiem, ale z pewnością nie jest to wizja, która rozwiązuje sprzeczności znienawidzonego przez miliarderów liberalizmu – za obietnicą zwiększenia konkurencyjności i potencjalnego powrotu epoki prosperity jak ogon za kometą ciągnie się otwarta tyrania bogatych i pogłębienie społecznego chaosu.
Thymos, czyli duma
A co, jeżeli problem z wizją dziejów, jaką karmiliśmy się ostatnie 35 lat, leży gdzie indziej i dostrzegał go już sam Fukuyama? Jednym z centralnych, a często pomijanych, elementów jego wizji jest pojęcie thymos. To pochodzące z greki słowo co najmniej od czasów Platona oznacza ten element naszej natury, który odpowiada za dumę, odwagę i gniew. Człowiek tymotejski to wojownik-arystokrata, gotowy walczyć o dobre imię, kierowany poczuciem swojego wysokiego pochodzenia.
To właśnie o tę część naszej duszy upominał się Fryderyk Nietzsche – filolog klasyczny zakochany w greckich herosach – który nie mógł znieść widoku cywilizacji budowanej przez pozbawionych thymosu kupców i kapłanów. Tymotejski był Achilles, który w obliczu zniewagi ze strony Agamemnona wolał wycofać się z walki i narazić własną armię na klęskę, niż pogodzić się z utratą honoru. Tymotejski był także Aleksander Wielki, przekraczający granice znanego świata nie z konieczności ekonomicznej, ale z pragnienia chwały i uznania. W logice thymosu nie liczą się wygoda ani bezpieczeństwo, ale uznanie – potwierdzenie własnej wartości w oczach innych.
- Małgorzata Łukasiewicz
My, czytelnicy
Fukuyama wierzył, iż w progresji dziejów, pochodzie następujących po sobie ustrojów politycznych i systemów etycznych, nowoczesności udało się człowieka tymotejskiego ucywilizować. Poczucie dumy z panowania nad innymi jesteśmy bowiem w stanie zaspokoić poprzez godność przypisaną każdemu po równo – izotymię – na której opiera się demokracja liberalna. Groźba przerostu organu dumy – megalotymia – którą ucieleśniały ustroje totalitarne, była według Fukuyamy realna, ale możliwa do okiełznania.
Liberalna demokracja – twierdził autor „Końca historii” – miała oferować wystarczająco wiele bezpiecznych ujść dla ludzkiej potrzeby uznania: w rywalizacji gospodarczej, w polityce, w sporcie, w kulturze. Czym jest mundial dla fanów futbolu, jeżeli nie wojną zastępczą, która w bezpiecznych warunkach pozwala przeżyć ducha przygody i rywalizacji? Tymotejska ambicja mogła się według Fukuyamy realizować, ale w ramach instytucji, które nie zamieniają jej w walkę na śmierć i życie. W ten sposób thymos nie znikał, ale był kanalizowany – przekształcony z siły niszczącej porządek polityczny w energię napędzającą jego rozwój.
I to właśnie element Fukuyamowskiego silnika, który dziś domaga się poważnego serwisu. Izotymia – równe uznanie dla wszystkich – zaspokaja potrzebę godności, ale niekoniecznie potrzebę dumnego wyniesienia ponad innych, która dziś powraca wraz z koniunkturą na „przywracanie wielkości”. Co dzieje się wówczas, gdy pokolenie dzieci widzi i słyszy, iż ich życie będzie mniej wygodne niż życie ich rodziców? Co, jeżeli całe narody wychowały się w pamięci o dawnej wielkości, po której dziś zostały tylko cień i rdza?
Powrót dumy
Zwiększa się wówczas koniunktura na ideologie wielkości: megalotymię, czyli pragnienie przywrócenia należnego nam na świecie miejsca. Z tego źródła płynie cały nurt metaforyki powstawania z kolan, stawania się great again, zrzucania jarzma „globalizmu”. Obietnice równego uznania – idee partnerstwa czy federalizmu – z perspektywy zranionego thymosu brzmią jak nagroda pocieszenia dla mięczaków. Móc powiedzieć „Zobaczcie, znowu wygrywamy” – to najgłębszy wspólny rdzeń wystąpień Pete’a Hegsetha po napaści na Iran i retoryki Władimira Putina od 24 lutego 2022 roku.
Im zasobniejsze jest wyobrażenie o dawnej wielkości narodu czy państwa, tym silniejsza będzie tymotejska retoryka liderów, którzy wznieśli się do władzy na uczuciach deprywacji dumy – mechanizm ten nie jest jednak zarezerwowany wyłącznie dla historycznych imperiów. Czy możemy sobie wyobrazić powstanie retorycznego ujęcia Unii Europejskiej jako „więzienia narodów” – metafory sięgającej czasów carskiej Rosji, którą w spadku odziedziczył Związek Radziecki – bez podrażnienia nerwu suwerenności, jaki nosi w sobie co najmniej od czasów oświecenia każdy, choćby najmniejszy europejski naród?
Im zasobniejsze jest wyobrażenie o dawnej wielkości narodu czy państwa, tym silniejsza będzie tymotejska retoryka liderów, którzy wznieśli się do władzy na uczuciach deprywacji dumy
Karol Grabias
Nie ma ucieczki od thymosu. I jak się zdaje, nie ma ucieczki od okresowych przyrostów naszego organu wielkości – epizody megalotymii zdają się trwale wpisane w cykle politycznej koniunktury zachodniego (i nie tylko) świata.
W swoich późniejszych refleksjach, zwłaszcza w „Tożsamość. Współczesna polityka tożsamościowa i walka o uznanie” (2018) i „Zamieszanie z liberalizmem” (2022, polskie tłumaczenie w 2024 roku), sam Fukuyama przyznał, iż nie docenił siły megalotymii w erze stagnacji ekonomicznej, spadku mobilności społecznej i poczucia zbiorowego upokorzenia. Pragnienie równości to za mało, gdy ludzie – zarówno jednostki, jak i całe narody – zaczynają odczuwać, iż ich wielkość, duma i marzenia zostały im odebrane przez globalizację, migrację czy poczynania „elit”.
Nakarmić oba wilki
Pytanie, przed jakim dziś stoimy, brzmi: czy da się nakarmić oba mieszkające w nas wilki – dumę i wiarę we własne siły oraz szacunek dla innych wpisany w DNA zachodniej demokracji – tak, by żaden z nich nie zagryzł drugiego? Na Starym Kontynencie grożą nam jednocześnie oba scenariusze naraz: zagłodzenie thymosu przez pamięć o totalitarnych demonach – zapytajcie przeciętnych Niemców, jakie skojarzenia w nich budzi pytanie o dumę z bycia Niemcem – jak i ukręcenie karku pokojowej koegzystencji przez szaleńców, którym marzy się powrót do Europy sprzed projektu zjednoczeniowego.
Czy to jednak możliwe? Okazuje się iż tak, i przykładów nie trzeba wcale szukać daleko. Wzorem, choć nie bez wad i pęknięć, udanej syntezy obu pierwiastków europejskiej duszy okazała się Ukraina po 2014 roku. Euromajdan był w swej istocie wybuchem izotymicznego gniewu, czyli masowego pragnienia uznania społecznej godności – w Ukrainie ten epizod historii nazywa się przecież „rewolucją godności” – europejskich standardów i końca postradzieckiej oligarchii. Każdy młody i stary Ukrainiec, który uczestniczył w tych wydarzeniach, wspomina je tak, jak Polacy wspominali pierwszą „Solidarność”: jako czas rozbudzenia ducha powszechnej godności.
Polskie ćwiczenia z wieloetniczności | Gdy episkopat zawodzi | Po co instytucje kultury?
Wojna jednak dość gwałtownie wydobyła z tego ruchu drugą, dużo starszą warstwę – wojowniczy etos kozacki, który Ukraińcy potrafili świadomie i skutecznie wskrzesić. Współczesne Siły Zbrojne Ukrainy, wokół których narosła nowa mitologia narodowa, stały się nośnikiem obu tych energii naraz: obrona własnej godności splata się tu z dumą z walki o wolność i niepodległość na miarę bohaterów europejskich eposów.
To połączenie okazało się zaskakująco odporne i mobilizujące – mit tymotejski nie przerodził się w megalomańskie marzenia o dominacji, ale został wprzęgnięty w kolektywną obronę własnego państwa, która zasila niepojętego dla nas ducha odporności na warunki życia – pokazała to kończąca się właśnie zima – które przeciętnego Europejczyka złamałyby w kilka dni.
Zadziwiające jest przy tym, iż ten potężny ukraiński thymos nie karmi się wcale nacjonalizmem integralnym, choć ma pod ręką gotową matrycę banderyzmu. Wbrew polskim narracjom o „banderyzacji”, banderyzm jako ideologia praktycznie nie istnieje – o czym niedawno pisałem na łamach „Więzi”. Partie jawnie się do niego odwołujące nie przekraczają progu wyborczego, a dominujące siły polityczne budują tożsamość na integracji euroatlantyckiej i sojuszu z Zachodem, nie na monoetnicznej wizji „krwi i ziemi”.
Tak, symbolika Bandery czy UPA – w której DNA wpisana jest megalotymia i która budzi polskie historyczne traumy – pozostaje elementem pamięci antyrosyjskiego oporu, ale nie przekłada się na polityczny program ani antypolską agresję, która istnieje dziś głównie w wyobraźni części prawicowych publicystów.
Pokazuje to naocznie, iż thymos nie musi być wrogiem demokratycznych wartości – może je wręcz wzmacniać, gdy jest wystarczająco mocno społecznie zakorzeniony w poczuciu godności wszystkich członków wspólnoty.
Europejski thymos
Dlaczego karmienie obu części naszej duszy ma takie znaczenie właśnie dziś? W sytuacji, gdy z jednej strony napiera na nas eurazjatyzm, mający już swoich ambasadorów choćby w Polsce (w jego myśl Europa izolowana od USA powinna znać swoje miejsce w „braterskim uścisku wielkiego narodu rosyjskiego”), a z drugiej pseudoreligijny amerykański nacjonalizm (pragnący Europy słabej i rozgrywanej przez amerykański kapitał) – Europa nie może pozwolić sobie na luksus głodzenia któregoś z wilków.
Pilnie brakuje nam Europy, która nie boi się własnej wielkości, a jednocześnie nie fantazjuje o dominacji nad innymi
Karol Grabias
Bez choćby cienia dumy z tego, kim jesteśmy – jako Polacy, Niemcy, Francuzi, Europejczycy – nie będziemy w stanie obronić porządku, jaki udało się nam zbudować na Starym Kontynencie przez ostatnie 80 lat. Tak łatwo zapominamy, iż zjednoczona Europa, mimo swoich wielu wad, jest najlepszym miejscem do życia na tej planecie. jeżeli zaś zbyt wydłużymy smycz dla wilka wielkości i dumy, przepadnie pamięć o tym, iż nasza siła wyrasta z pokojowej – choć nie zawsze szanującej równość wszystkich partnerów – współpracy europejskich narodów.
Czy jest możliwy – nazwijmy go tak z braku lepszych słów – europejski metanacjonalizm: nasza wspólna duma z Peryklesa i Platona, Karola Wielkiego i Dantego, Kopernika i Newtona, Goethego i Chopina? Taka pamięć, która nie każe nam wybierać między Atenami a Rzymem, między Paryżem a Krakowem, między Londynem a Berlinem, ale pozwala widzieć w nich kolejne rozdziały tej samej historii? Historii kontynentu, który przez stulecia rodził wielkość w sporze, rywalizacji i naśladownictwie – i który dopiero po katastrofach XX wieku nauczył się, iż jego prawdziwa siła polega na tym, by te dawne źródła dumy umieć pomieścić w jednej, szerszej opowieści?
To z pewnością coś, czego nam pilnie brakuje: Europy, która nie boi się własnej wielkości, a jednocześnie nie fantazjuje o dominacji nad innymi. Tak, musimy pamiętać o naszych wspólnych i osobnych przewinach – tę historię, jedni jako ofiary, inni jako sprawcy, znamy doskonale: kolonializm, imperializm, faszyzm i Zagłada. Jesteśmy do tego wszystkiego zdolni, gdy człowiek tymotejski zadusi w nas ducha uniwersalizmu, godności i solidarności. ale bez odrobiny zdrowej, wspólnej europejskiej dumy nie przetrwamy pośród wilków wypuszczonych z klatek.
W mowie pogrzebowej Peryklesa, zapisanej przez Tukidydesa i wygłoszonej na cześć pierwszych Ateńczyków poległych w wojnie peloponeskiej, znajdujemy chyba najpiękniejszy starożytny opis tej upragnionej równowagi. Ateński strateg mówi o obywatelach, którzy potrafią łączyć miłość do piękna i mądrości (φιλοσοφοῦμεν καὶ φιλοκαλοῦμεν) z hartem ducha i odwagą w działaniu (φιλοσοφοῦμεν ἄνευ μαλακίας), nie pozwalając, by jedna cnota unicestwiła drugą.
Oddajmy głos Peryklesowi: „W sprawach wojennych różnimy się od naszych nieprzyjaciół. Miasto nasze pozostawiamy otwarte dla wszystkich; nie zdarza się, żebyśmy wydalali cudzoziemców ani nie pozwalaliśmy komuś uczyć się u nas albo patrzeć na coś, co mogłoby się przydać naszym wrogom – mamy bowiem zaufanie nie tyle do przygotowań i podstępów wojennych, ile do własnej odwagi w działaniu. Inni już od wczesnej młodości, przez twarde i pełne trudów wychowanie oraz ćwiczenia, dochodzą do męskiej odwagi; my zaś, żyjąc w sposób bardziej swobodny, z nie mniejszą jednak odwagą stawiamy czoło niebezpieczeństwom”.
Dobrze, byśmy pamiętali, iż brunatne koszule nie mają monopolu na europejski thymos.

11 godzin temu




