Miękka siła totalitaryzmów polega na ich potencjale wywierania wpływu poprzez uwodzenie i perswazję. Softalitaryści przedstawiają swoje podejście jako atrakcyjną ofertę, która zawiera elementy niedostępne u konkurencji.
Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź” wiosna 2026. W wolnym dostępie można przeczytać jedynie jego fragment. W całości jest otwarty tylko dla prenumeratorów naszego pisma i osób z wykupionym pakietem cyfrowym. Subskrypcję można kupić TUTAJ.
Zdawało mi się do niedawna, iż istnieje stabilny zbiór zjawisk, które posiadają swój stały adres na śmietniku historii: odtwarzacze na kasety magnetofonowe, amerykańskie westerny czy otwarte gloryfikowanie liderów i ustrojów totalitarnych, które nie kończyłoby się publiczną śmiercią – by wymienić tylko kilka z nich.
Nie mam oczywiście nic przeciwko audiofilom, którzy porzucają platformy cyfrowe i obwieszczają powrót do kaset i płyt kompaktowych – a może czuję choćby do nich dozę sympatii. Pisane na nowo opowieści o silnych mężczyznach zmagających się z bezprawiem na rubieżach cywilizacji są mi niemal doskonale obojętne. Trudno jednak przejść bez reakcji obok kreatywnego rebrandingu ideologii odpowiedzialnych za śmierć ponad 100 milionów ludzkich istnień w ciągu tylko jednego wieku.
Jednak historia nie stroni od drwin: w 81 lat po wyzwoleniu obozu Auschwitz-Birkenau przez żołnierzy 1. Frontu Ukraińskiego Armii Czerwonej można natknąć się w mediach na wypowiedzi, które jeszcze kilka lat temu oznaczałyby automatyczny wyrok ostracyzmu dla ich autora. Trudno nie odnieść wrażenia, iż zaszła poważna zmiana w zakresie tego, co jest w przestrzeni wspólnej akceptowalne.
Idee totalitarne nie rozpłynęły się
Można publicznie powtarzać, jak zwolennik białego nacjonalizmu Nick Fuentes, iż Hitler „był cool”, i być zapraszanym do oglądanego przez miliony programu Tuckera Carlsona – ulubionego dziennikarza i podcastera Donalda Trumpa. Można twierdzić, jak Grzegorz Braun, iż nie ma wystarczających dowodów na istnienie komór gazowych, i zbliżać się do dwucyfrowego wyniku w sondażach poparcia dla partii politycznych w kraju, który został zrujnowany przez nazistowski totalitaryzm. Można również, jak patostreamer Wojciech Olszański, z uznaniem wypowiadać się na temat stalinizmu oraz być sojusznikiem nominalnie katolickiego i antykomunistycznego lidera politycznego. I oczywiście wciąż gościć w nagłówkach czy studiach nagraniowych i zdobywać zasięgi.
Raper Kanye West nagrał utwór-manifest „Heil Hitler”. W internecie wielką popularność zdobył slogan „Austriacki malarz miał rację”. To nie są odosobnione przypadki ideologicznego dziwactwa
Karol Grabias
Nie starczyłoby atramentu, by omawiać tu z osobna każdy akt politycznego szaleństwa z ostatnich miesięcy, który co najmniej ociera się o idee totalitarne. Nie to też jest celem tego tekstu. Chciałbym przyjrzeć się tej ponurej konstelacji publicznych gestów, by znaleźć dla nich wspólny mianownik, rys gatunkowej tożsamości, który zdaje się umykać obserwatorom – przez co dostrzegają jedynie odosobnione przypadki ideologicznego dziwactwa, któremu należy się co najwyżej lekceważenie.
Powtarzany przez liberalnych publicystów slogan o powrocie faszyzmu – który jak bakcyl dżumy nigdy nie umiera i nie znika, ale też nie mutuje i zawsze musi wracać w identycznej formie – stracił już dawno swoje zęby. Brzmi on dziś niczym wołanie chłopca z bajki Ezopa – „Wilk atakuje stado owiec!” – którego nikt nie traktuje dłużej poważnie. Jednak fakt, iż ostrzeżenie przed zagrożeniem było i jest nadużywane, nie znaczy, iż wilki przestały napadać na owce.
Tekst ukazał się w kwartalniku „Więź” wiosna 2026 jako część bloku tematycznego „Dyskretny urok softalitaryzmu”.
Pozostałe teksty bloku:
„Austriacki akwarelista, cyfrowy nihilizm i kultura griftu”, Olga Drenda
„Zabić matkę, wyruszyć po przygodę. Softalitaryzm i kompleks Orestesa”, Alexander Tyra

3 godzin temu
















