Ważniejsza jest edukacja czy przygotowanie do wojny? Laureat Oscara zadaje celne pytania

21 godzin temu

Kto by się przejmował wynikami w nauce, skoro uczniowie mają zaraz po zakończeniu szkoły iść umierać za ojczyznę?

„To nie dowódcy wygrywają wojny, a nauczyciele” – stwierdził Władimir Putin na jednym z propagandowych przemówień pokazywanych w rosyjskich szkołach. Nie ma lepszego sposobu na połechtanie nauczycielskiego ego niż słowa, które potwierdzają, iż to właśnie w rękach nauczycieli leży los przyszłych pokoleń, adekwatnie całych narodów.

To górnolotne twierdzenie nabiera tym większego znaczenia, im więcej traum z dzieciństwa i niepowodzeń w życiu dorosłym zwala się na karb powszechnego systemu edukacji. W końcu owszem, nauczyciele faktycznie mają spory wpływ na to, kim się później stajemy, zwykle wspominamy jednak głównie tych, którzy w naszym mniemaniu nie podołali swej roli.

WIĘŹ – łączymy w czasach chaosu

Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.

Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram

Ale symboliczne zrzucanie tak wielkiej odpowiedzialności na jedną grupę zawodową okazuje się dość ryzykowne i nie bez powodu korzystają na tym reżimy autorytarne. Niedoceniani na co dzień pedagodzy chcą wierzyć w swoją nadrzędną misję względem reszty świata i czasami aż zanadto biorą tego typu słowa do siebie. Za wszelką cenę chcą wykazać swoją skuteczność, przesuwając środek ciężkości nauczania na siebie samych. To ja mam program, ja nauczam, ja zdobywam wyniki dla mojej szkoły i dla własnej reputacji. Na szyjach uczniów niepostrzeżenie zawiązuje się sznur krępujący swobodne ruchy.

To niewypowiedziany na głos społeczny pakt, w którym autorytarna władza mówi, co i jak, a śmiertelnie poważni słudzy systemu bez mrugnięcia okiem biorą się za brudną robotę u podstaw. Rosyjscy nauczyciele, którzy pozostali w zawodzie, wypełniają przypisane im dydaktyczne obowiązki, a równolegle godzą się posyłać młodych na pewną, ale za to „chwalebną” śmierć. Co innego im pozostało? Na to pytanie stara się odpowiedzieć tegoroczny laureat Oscara w kategorii film dokumentalny: „Pan Nikt kontra Putin” w reżyserii Davida Borensteina i Pavla Talankina.

Nauczmy się rzucać granatem

Gdy w 2022 roku Rosja rozpętała pełnoskalową wojnę w Ukrainie, do szkół wprowadzono szereg obowiązkowych lekcji, których treść bezpośrednio dotyczy prowadzonych działań wojennych. Od zajęć teoretycznych, na których dzieciom tłumaczy się potrzebę i tło historyczne „specjalnej operacji wojskowej”, po rozmowy z wagnerowcami i konkursy z rzucania granatem.

„Wyniki dzieci spadają, odciągamy ich od nauki” – słyszymy rozmowy nauczycieli na kadrowych zebraniach. Dywagacje, które w realiach wojny wydają się całkowicie wyrwane z kontekstu. No bo kto by się przejmował wynikami w nauce, skoro ci sami młodzi ludzie mają iść zaraz po zakończeniu szkoły umierać za ojczyznę? Niewielu zdaje się zauważać ten paradoks, jak gdyby rosyjska szkoła i wojna nie były ze sobą związane. „Czy my jesteśmy wszyscy poje*ani?” – wykrzykuje na szkolnym korytarzu główny bohater filmu. To jedyna słuszna reakcja, która… na nikim nie robi wrażenia.

Gdy nauczyciele starszej daty rzucają mimochodem nieśmiertelne „za moich czasów takie rzeczy w szkole były nie do pomyślenia”, w głowie pojawia mi się myśl – „no tak, ale za waszych czasów w Polsce nie było demokracji”

Martyna Leszczyńska

Udostępnij tekst
Facebook
Twitter

Pasza (Pavel Talankin) jest młodym pedagogiem, który wydaje się szczerze kochać to, co robi. W szkole prowadził m.in. wideokronikę uczniowską, rejestrując wszystkie ważne momenty z życia placówki i jej podopiecznych; imprezy okolicznościowe, występy, apele. Drzwi jego pokoju zawsze były otwarte, a uczniowie przychodzili rozmawiać, żartować, wspólnie spędzać miło czas w godzinach wolnych od zajęć. Łatwo zapomnieć, iż ten nowoczesny nauczyciel, który do korkowej tablicy w swoim pokoju przypiął sobie flagę demokratycznej Rosji, pracował w podstawówce w Karabaszu, małym przemysłowym mieście na Uralu.

Na usta ciśnie się pytanie: skąd on się tam wziął? Kolektywne pranie mózgu jakimś cudem go ominęło? Pasza wzbudza nieodpartą sympatię zachodniego widza, ale wartości, które chciałby wpajać młodym Rosjanom, nie są użyteczne z punktu widzenia reżimu. Gdy państwo przestawia się na tory gospodarki wojennej, naturalnie edukacja spada na dalszy plan. Niepotrzebni są kompetentni obywatele, a raczej niezadające zbyt wielu niewygodnych pytań mięso armatnie.

Dobrze rozumie to antybohater opowieści, dogmatyczny nauczyciel historii Abdułmanow. Obserwujemy jego lekcje i słyszymy, jak przekonany do słuszności głoszonych przez siebie tez odwołuje się do walki z „ukraińskim nazizmem”, wychwala stalinowskich katów i powiela wśród najmłodszych propagandę kremlowskich mediów. „Kto nie kocha swojego kraju, ten jest pasożytem i powinien się z niego wynieść” – mówi.

Sale!
  • Damian Wyżkiewicz CM
  • Dawid Gospodarek

Ostatni dzwonek

10,00 35,00
Do koszyka
Książka – 10,00 35,00 E-book – 25,20 31,50

Może każda szkoła ma swojego Paszę i swojego Abdułmanowa? Każdy z nich jest przekonany, iż robi dobrze. A znudzone dzieci siedzą spokojnie w ławkach i słuchają. Czytają z kartek gotowe materiały, zaś Pasza filmuje i wysyła nagrania do ministerstwa, potwierdzając tym samym, iż szkoła wywiązuje się ze swoich patriotycznych obowiązków. Pod przykrywką propagandysty realizuje po kryjomu projekt, którego owocem będzie nagrodzony w tym roku przez Amerykańską Akademię krytyczny dokument obnażający mechanizmy społecznego zobojętnienia.

Dziękujmy za „rozwydrzoną” młodzież

Ten, kto przed seansem nastawi się na zapowiadające film szokujące sceny indoktrynacji w rosyjskich szkołach, rozczaruje się. Szkoła w Karabaszu mimo wszystko przypomina zwyczajną szkołę. Wcale nie jest tak, iż nagle z dnia na dzień młodzi stają się trybikami wojennej machiny, na Uralu toczy się pozornie normalne życie.

Dopiero po chwili namysłu doszłam do wniosku, iż właśnie w tym rzecz. Dzieci z filmu nie zadają pytań, nie wdają się w dyskusję, nie wyrażają opinii. Odprawiają ceremonie, których znaczenia nie rozumieją, cieszą się z trofeów przyznawanych w ramach wojskowych rywalizacji, z zaciekawieniem oglądają prawdziwą broń i uważnie słuchają wstrząsających opowieści byłych kombatantów. Gdy starsze rodzeństwo wraca do domu w cynkowej trumnie, przyjmują to jako naturalny element rzeczywistości. Coś, co musiało się wydarzyć i powód do dumy. To wszystko dzieje się dookoła nich, a one nie podważają faktów, choć smutek wykręca od środka i wyciska rzewne łzy ich matek.

To właśnie wtedy pomyślałam sobie, iż być może wbrew pozorom powinniśmy dziękować za tę „rozwydrzoną” młodzież, z którą mamy na co dzień do czynienia w polskich szkołach. Kontrolowane testowanie przez nich granic bywa co prawda uciążliwe i przyprawia o ból głowy, ale przynajmniej widzą, iż te granice są w jakimś stopniu negocjowalne.

Co więcej, my, dorośli wystawiani przez nich na próbę, również nieustannie się uczymy. Konflikty, tarcia i budowanie kompromisów to nieodłączny element zdrowych demokracji, a przestrzeń szkolna pozostaje mikrosymulacją, wersją demo gry w społeczeństwo obywatelskie. Gdy nauczyciele starszej daty rzucają mimochodem nieśmiertelne „za moich czasów takie rzeczy w szkole były nie do pomyślenia”, w głowie pojawia mi się myśl – „no tak, ale za waszych czasów w Polsce nie było demokracji”. O tym też już prawie nikt nie pamięta lub nie chce pamiętać.

Nie śmiem twierdzić, iż nowe problemy z młodzieżą, które się pojawiają, nie są poważne, ale być może część z nich to wypadkowa szerszej systemowej zmiany, którą znakomita większość postrzega jednak jako zmianę na lepsze?

A Pasza? W pewnym sensie przegrał swoją wojnę. Zdezerterował z rosyjskiej szkoły i uciekł do Europy, gdzie z dala od bliskich i znanego mu krajobrazu musi zmagać się z łatką „czarnej owcy”. Zapłacił cenę, której zdecydowana większość rosyjskich żołnierzy w cywilu nie chce płacić. Może jednak nie przegrał?

Idź do oryginalnego materiału