Fisz: Dopóki jest muzyka, śmierć nie istnieje

2 godzin temu

Najbardziej dojmujące w stracie jest zrozumienie, co tak naprawdę znaczy, iż kogoś nie ma. Wcześniej mogłem zadzwonić do Mamy, porozmawiać o wszystkim, a teraz nagle się to skończyło – mówi Bartek „Fisz” Waglewski.

Zaproszenie do cyklu „Życiowe (nie)pewności” przyjął muzyk Bartek „Fisz” Waglewski. Spotykamy się na warszawskim Ursynowie.

Damian Jankowski: Tutaj się wychowałeś?

Bartek „Fisz” Waglewski: Nieopodal. Tu, gdzie rozmawiamy, w moim dzieciństwie stał las.

A górka, z której obserwowałeś samoloty?

– Jest niedaleko stąd. Zresztą na tej górce potem Koterski nakręcił „Dzień świra”. Obok cały czas latają samoloty. Kiedyś latały nam nad głowami, teraz to się zdarza już rzadko – tylko jak jest remont pasa.

WIĘŹ – łączymy w czasach chaosu

Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.

Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram

Ciekawe, co i jak umysł zapamiętuje. Jedno z moich najsilniejszych wspomnień to dzień, gdy w Lesie Kabackim spadł ił „Tadeusz Kościuszko”. Pamiętam tamto poruszenie. Wyszedłem na balkon, można było zobaczyć smugę nad Ursynowem. Wszyscy ruszyli na miejsce katastrofy. Pieszo, rowerami. Zebrał się tłum gapiów. Który to był rok? Czekaj…

87’.

– Miałem więc dziewięć lat.

Drugie wspomnienie dotyczy tego, iż trwała tu ciągła budowa. Powstawało metro. Ten plac budowy stał się naszym placem zabaw. Po deszczu w rowach robiły się stawy. Nikt tego przesadnie nie pilnował, można było łapać żaby do pojemnika po „Ludwiku”. Ktoś choćby zginął w takiej odkrytej i niezabezpieczonej dziurze.

Co wtedy, w dzieciństwie, brałeś za pewnik?

– Że moje osiedle stanowi centrum świata. Żyliśmy trochę odcięci od reszty miasta. Z Ursynowa wszędzie było daleko, choćby do dziadków na Ochocie. Szukaliśmy sobie zajęcia, od malowania graffiti po wydzwanianie domofonami do przypadkowych mieszkań. „Przepraszam, czy jest może chleb dla konia?”. Takie szczeniackie wygłupy. Nie mieliśmy do dyspozycji orlików. Mieszkaliśmy z kolegami blisko siebie, w blokach, najczęściej czteropiętrowych.

Bez windy?

– U nas jej nie było. Ale była u znajomych. Winda w tamtych przedinternetowych czasach stanowiła dla nas niemal cud mechaniki. Całkiem niedoskonały cud. Standardem było zatrzaskiwanie się między piętrami. No i dzwonki. Nadużywane, zwłaszcza nocą. Jechałem ostatnio podobną windą. Miałem wrażenie, jakby czas się zatrzymał. Z tego wrażenia powstał utwór „Czternaste piętro”.

Ma specyficzny klimat, taki właśnie blokowy.

– Widzisz, nie do końca pojmuję, gdy słyszę, jak ktoś chlubi się, iż pochodzi z bloków. Albo kiedy bloki kojarzą mu się z patologią. Prawda jest taka, iż wszyscy miastowi stamtąd pochodziliśmy. Osiedla w latach 80. – zwłaszcza na Ursynowie – funkcjonowały tak, iż drzwi w drzwi mogli żyć obok siebie akademicki profesor i dozorca. Lekarze, pracownicy fizyczni i artyści. Niedaleko, kilka przystanków dalej, mieszkali Beksińscy, nieopodal pracowni Zdzisława jeździłem na lekcje rysunku do Marka Ałaszewskiego z zespołu Klan.

Mam świadomość istniejących we mnie dysonansów. Tego, iż sobie na płytach zaprzeczam. Z jednej strony wierzę w coś, z drugiej nie wierzę. Ostatecznie to bardzo twórcze. Taki dialog wewnętrzny. Jestem i szczęściarzem, i zmierzam do nicości

Bartek „Fisz” Waglewski

Udostępnij tekst
Facebook
Twitter

W bloku była mieszanina, prawdziwy misz-masz. Miało to swoje plusy. Znaliśmy ludzi z różnych środowisk i potrafiliśmy się dogadać. Czasem dostać w łeb, owszem, ale i się dogadać. Z niektórymi kolegami do dziś utrzymuję kontakt.

Opowiadasz chętnie o dzieciństwie, ale też wiem, iż nie lubisz jego idealizacji.

– Bo nie ma czego idealizować. Zauważałem przemoc w domach kumpli. Dostawali przy byle okazji. Wszechobecnym problemem był też alkohol. Urodziny, święta, komunie, pogrzeby – zawsze przy wódce. Niektórzy koledzy widzieli swoich ojców pijanych na co dzień.

Wy z bratem mieliście szczęście.

– Wyjątkowe! Ludzie postrzegali nas czasem jako „tych od artystów”, może „z dziwnego domu”, ale ja w tym domu czułem miłość i wsparcie. Żyliśmy bardzo skromnie, ale mieliśmy poczucie bezpieczeństwa. Rodzice świetnie się dobrali. Ojciec, muzyk, niespokojny duch, i Mama, ostoja łagodności.

Chcę Cię dziś zapytać o Mamę, choć będzie to też pytanie o stratę.

– Hmm, tak, niestety. Mama odeszła w czerwcu ubiegłego roku. Nagle, z dnia na dzień. Pierwsza tak bolesna śmierć w moim życiu. Wcześniej umarł Dziadek, jasne, tylko iż wtedy było to jakoś naturalne. A śmierć Mamy to tak, jakby ktoś wyrwał ci nerkę i serce za jednym zamachem.

W „Zwiedzam świat” wspominałeś, iż prosiła, byś był zawsze szczery. Mieliście bliską relację.

– Przez cały czas, do samego końca. Mama długo nie pracowała, zajmowała się nami, pomagała w lekcjach, wysłuchiwała i reagowała jako pierwsza na problemy. Zawsze, niezależnie od wszystkiego, stała po naszej stronie.

Pojawiała się na koncertach?

– Na warszawskich koncertach Taty siedziała w pierwszym rzędzie, na naszych też chętnie bywała. Nasze najczęściej są stojące, w klubach, nieco inna specyfika. Ale tak, Mama pojawiała się i na nich.

Brakuje ci jej.

– Bardzo. Mam prawie pięćdziesiąt lat, swoją rodzinę, część dzieci jest już dorosła. Ale to nic nie zmienia. Mama to Mama. Z jej odejściem jakby ktoś zabrał ci poczucie bezpieczeństwa i raz jeszcze wrzucił w chaos.

Wiesz, co jest najbardziej dojmujące i zaskakujące w stracie? Bezpośrednio po śmierci bliskiej osoby trzeba załatwić tyle spraw formalno-urzędniczych, iż przychodzi to dopiero z czasem. Zrozumienie, co tak naprawdę znaczy, iż kogoś nie ma. Przynajmniej tak jest u mnie. Wcześniej mogłem zadzwonić, porozmawiać o wszystkim, wysłać zdjęcia z wakacji, a teraz nagle się to skończyło. Nie ma Mamy, wraz z nią odeszły nasze wspólne rytuały. Ciężko o tym mówić, ale i ciężko to jakkolwiek zamaskować.

Jednocześnie, przy całym bólu, odkrywam w sobie pewien wewnętrzny spokój.

Spokój, iż to nie koniec?

– Niekoniecznie, iż gdzieś tam się na pewno spotkamy, ale iż życie jest jakąś nieprzeniknioną tajemnicą, przekraczającą moje postrzeganie rzeczywistości. Czymś większym ode mnie. Moje zmysły i percepcja – nasze, ludzkie, nie tylko moje – są tak ułomne, tak mało wiemy o naturze wszechświata, iż wzbraniam się przed definitywnym rozstrzyganiem, również przed deklarowaniem się jako ateista. Na płycie „25” śpiewam, iż „ciało jest bramą / oczekiwaniem / jak długie lato / otwartą na inny świat”.

Sale!
  • Wojciech Marczewski
  • Damian Jankowski

Świat przyspiesza, ja zwalniam

39,98 49,98
Do koszyka
Książka – 39,98 49,98 E-book – 35,98 44,98

I kończysz: „Chcę w to wierzyć”.

– Chcę. Wierzyć, iż może jest coś więcej. Nie doświadczyłem nigdy żadnych przeżyć mistycznych, nie jestem też raczej osobą religijną. Od dziecka jednak tęskniłem za ciszą. Do dziś lubię zajść czasem do pustego kościoła, by tam chwilę posiedzieć. Napisałem kiedyś w piosence „Bóg”: „Kiedy wsłucham się, usłyszę”. Cisza mi pomaga. Leczy z przebodźcowania.

Tego właśnie utworu ostatnio często słuchałem podczas nocnych spacerów po moich Bielanach. Później ktoś zapytał mnie, co tak naprawdę myślę o Bogu. Odpowiedziałem Twoimi słowami – iż bez Niego „trudno mi zrozumieć”. Poza tym bliski jest mi użyty tam obraz: czasem w tym huraganie życia stoję sobie samotny, „stoję i się świecę”. Ale może taki sam jest Bóg, może tak samo stoi i się świeci.

– Nie umiałbym przyjąć, iż Bóg to ktoś, kto nas kontroluje, albo czyha na nasze potknięcia. Natomiast istotną postacią był i jest dla mnie Jezus ze swoim metaforycznym sposobem mówienia. Jak to szło? „Trzeba wam się powtórnie narodzić”. Co to znaczy? Zaczynać wciąż na nowo? Jest nad czym myśleć.

Bliska jest mi metafora życia jako podróży.

Jak w „Śladach”.

– Tak, podróż z „ciemnych pokoi do ogrodów i ciepłych plaż / wysokich gór i palm”. Jak w „Krętych drogach”: jesteśmy tu tylko gośćmi, nie?

Poza tym ku metafizyce kieruje mnie muzyka, niekoniecznie wprost religijna czy uduchowiona. Zdolność tworzenia wyróżnia nas jako gatunek. Czego słuchasz najczęściej?

Dylana.

– O proszę, w pewnym momencie Dylan pogodził moje i mojego ojca gusta. Też kocham muzykę autorską, ostatecznie tylko taka się liczy. Dorzuciłbym ze swojej strony choćby utwory Beastie Boys. I co, jako ludzie jesteśmy w stanie tworzyć tak piękne piosenki jak oni czy Dylan i zrzucać bomby. Zastanawiające, prawda?

Słucham Cię i się zastanawiam: jak to możliwe, iż napisałeś w jednym z utworów, iż religia to nie twoje hobby?

– Do sformalizowanych form się po prostu zraziłem. Pochodzimy z dość religijnej rodziny, zwłaszcza od strony ojca. W domu rodzice czytali dużo Tischnera. Ale potem gwałtownie nastąpiło zderzenie z kościelną rzeczywistością. Katecheza w szkole okazała się traumą. Siostra katechetka rzucała w nas kluczami, biła linijką po rękach. A my byliśmy tylko przerażonymi dzieciakami, przygotowującymi się do pierwszej komunii.

Sale!

Dyskretny urok softalitaryzmu | Przyszłość polskiej religijności | Czy słuchania muzyki można się nauczyć?

32,30 35,90
Do koszyka
Książka – 32,30 35,90 E-book – 29,00 32,30

Potem nastał ksiądz, który wykręcał nam uszy. W tym czasie zapuszczałem długie włosy. Byłem krnąbrny, zadawałem trudne pytania. Ksiądz je ignorował. Słuchałem metalu. King Diamond. Gorgoroth. Ale to nie satanistyczny metal zniechęcił mnie do Kościoła, tylko jego naziemny personel.

Klasyczne.

– Pamiętam, jak przyszedłem do szkoły w koszulce Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Katecheta popatrzył na mnie i skomentował przy całej klasie: „Zło czasem ukrywa się pod pozorem dobra”. Zmroziło mnie. Odebrałem to jako krytykę Orkiestry, Owsiaka, ale i mojej rodziny. Wyczuwało się w tym księdzu takie nastawienie: skoro nie wierzysz, nie chodzisz do kościoła, to jesteś skłonny robić same najgorsze rzeczy. Pomyślałem wtedy: co ten człowiek wie o mnie i moim życiu? Nic a nic. Posiłkuje się jakimś krzywdzącym stereotypem.

Zresztą bawi mnie to do dzisiaj. Zobacz, mam sporo lewicujących, antykościelnych znajomych. Wszyscy jakoś pozakładali rodziny, są w długoletnich związkach, wychowują dzieci. Gdzie tu grzeszne życie?

Przeczytałem kiedyś takie zdania, napisał je bodaj algierski pisarz Kamel Daoud: „Religia jest dla mnie jak transport publiczny – nie korzystam z niej. Wolę do Boga iść sam, pieszo, jeżeli trzeba, a nie w ramach zorganizowanej wycieczki”. Religia jako taka to faktycznie „nie moje hobby”.

Wiesz, jaki jeszcze Twój wers uwielbiam? „Lubię być żywym, martwym jeszcze nie byłem”.

– Mimo iż moje życie jest skomplikowane i popieprzone, to naprawdę je lubię. Trudno, żeby było inaczej. Żyję z muzyki. Otaczam się wspaniałymi ludźmi, mam cudowne dzieciaki, i żonę, która jest miłością mojego życia.

Żona pojawia się często w Twoich piosenkach. Jak się poznaliście?

– Przypadkiem, na koncercie.

Na Twoim koncercie?!

– Nie, nie, Marta nie wiedziała, iż jestem muzykiem. Pochodzi z Poznania, studiowała na ASP, przyjechała ze znajomymi na jakąś wystawę. Wieczorem poszli do klubu. Mnie z kolei zaciągnęli tam koledzy. Uśmiechasz się…

Przypomniało mi się, jak powiedziałem kiedyś dziewczynie, która bardzo mi się podobała: „Kiedy zacznie się ściemniać, moja ręka jak skrzydło zasłoni cię”. Była zachwycona. „Jakie piękne słowa!”. „Niestety, nie moje…”.

– [wspólny śmiech] Mogłeś nie prostować! Natomiast tak, rzeczywiście z Martą „wspieramy się tyle lat”, już ponad dwadzieścia, i „to, co między nami, jest święte”.

W „Basenie” śpiewasz, iż pływacie wśród „napięć, niepewności”. Zwracasz się w tym kawałku do żony: „I wierzysz, jak to dobrze, iż wierzysz. […] Może kiedyś i ja / oswoję się z ciemnością / odnajdę tam dom”.

– Niewątpliwie Marta nauczyła mnie pogody ducha. Pamiętam, jak na samym początku naszej znajomości wchodziła do mojego mieszkania i mówiła: „Jezu, czemu tu jest tak ciemno?!”. Żaluzje od razu szły w górę. Na ironię zakrawa fakt, iż teraz ona często pracuje po nocach, ja zaś uwielbiam ranki. Czasem o tym myślę, iż to niesamowite: tak różne od siebie organizmy są w stanie się ze sobą dogadać. Może na tym to polega? Uzupełniamy się. I mamy podobne poczucie humoru, nierzadko czarne. To pomaga.

W zawód, który uprawiam, wpisane są wyjazdy. Koncerty. Lubimy grać z bratem dla naszych słuchaczy, na żywo wytwarza się niesamowita energia. Marta też w swojej pracy wyjeżdża, dajemy sobie przestrzeń na nasze zawodowe aktywności. Wszystko to jest piękne. Ale jeszcze piękniejszy okazuje się powrót do bliskich. Oboje kochamy te momenty.

W „Dresiarzach” nucisz: „Powiedziałaś: wracajmy bezpiecznie do domu”.

– Rodzina serio była i jest dla nas najistotniejsza. Nie wyobrażam sobie inaczej. Nie prowadziłem nigdy życia rock’n’rollowca. Ktoś kiedyś zapytał: ale po Męskim Graniu musiały być imprezy, co? Odpowiedziałem: nie wiem. Obaj z bratem mieliśmy wtedy małe dzieci, marzyliśmy, żeby choć przez chwilę przespać się w hotelu i wracać do swoich.

Z Martą mamy podobne gusta, razem słuchamy muzyki, chodzimy na wystawy, razem zwiedzamy interesujące miejsca. Nie wspomniałem, iż uwielbiam podróżować.

Podobno prawo jazdy zrobiłeś późno.

– Zgadza się, dopiero w okolicach czterdziestki. Wszystko jest teraz w zasięgu ręki. Można gdzieś polecieć, na miejscu wypożyczyć samochód, zobaczyć trochę świata. Mam poczucie, iż jest za mało czasu i nie warto tracić go na głupoty. Lepiej słuchać, patrzeć, chłonąć. Starać się zapamiętać. Wiesz, czasem trudno mi z myślą, iż wszystko, czego doświadczam, może niedługo znikać. Ale taka kolej rzeczy. Nie ja tak postanowiłem. Nie mamy chyba na to pomysłu, co?

Chyba nie mamy. Zmierzasz, jak w „OK. Boomer”, do nicości?

– Wszyscy zmierzamy.

Nawet jeżeli to, co dziś powiedzieliśmy, łagodnie temu przeczy?

– Mam świadomość istniejących we mnie dysonansów. Tego, iż sobie na płytach zaprzeczam. Z jednej strony wierzę w coś, z drugiej nie wierzę. Ostatecznie to bardzo twórcze. Taki dialog wewnętrzny. Jestem i szczęściarzem, i zmierzam do nicości.

Już na debiutanckim albumie przyznawałeś, iż składasz się „z części niespójnych, przeczących sobie nawzajem”.

– Wydaje mi się, iż w każdym z nas jest dużo niezgodności. We mnie również. choćby teraz. Dogaduję się ze sobą w tej chwili lepiej niż kiedykolwiek. A jednocześnie za mną trudne i smutne półrocze.

Muzyka pomogła Ci się z tym półroczem uporać?

– O ile to możliwe. Muzyka pomogła mi, mojemu Tacie, bratu. Zawsze traktowałem ją poważnie. Wiem, co potrafi. Na przykład skonfrontować twórcę z czymś niełatwym, znaleźć język, gdy go brakuje. Otwierające nową płytę „Duchy” zaczynają się od stwierdzenia, iż „na tak wiele zjawisk nie mamy słów, języka / to dlatego jest poezja, dlatego jest muzyka, wysokość dźwięku, tempo i dynamika”.

Od dziecka mój rozbiegany umysł miał problem z gonitwą myśli i artykułowaniem do końca tego, co chce powiedzieć; albo ze stawianiem kropki w zdaniu. Okazało się, iż tworzenie jest ratunkiem. Uwielbiam moment, gdy wymyślam tekst i nagle pojawiają się wersy, układają się w całość. Albo kiedy stoję na scenie i zaczynam rapować, umysł się wreszcie zatrzymuje, dokładnie wie, co i jak chce powiedzieć. Może dlatego tak wielu muzykom później ciężko zejść na sceny? Nie chodzi wcale o blichtr czy jakąkolwiek sławę. Po prostu poza sceną czeka ich chaos i niepewność, tylko przy mikrofonie panują nad rzeczywistością.

„Duchy” są zadedykowane naszej Mamie. Ale opowiadają też o sile muzyki jako takiej.

Rzucasz w tym utworze: „Póki są dźwięki, śmierć nie istnieje”.

– Może tak jest? Może przez chwilę faktycznie nie istnieje?

Bartek „Fisz” Waglewski – ur. 1978, muzyk, kompozytor, wokalista i instrumentalista. Członek zespołów Fisz Emade Tworzywo i Kim Nowak.

Idź do oryginalnego materiału